Rozdział 14 - Somnia
2012-02-18
Przepraszam Was za to, że tak długo nic nie dodawałam, ale nie miałam za dużo czasu. Po prostu tyle mam do pozaliczania sprawdzianów w szkole, że nie mam czasu pisać opowiadań. Nawet jak mam jedną godzinę wieczorem dla siebie to jestem po prostu nieprzytomna i idę spać. Na pewno dużo nie możecie spodziewać się w następnym tygodniu. Mam już plany na dwa opowiadania, jednak kiedy znajdę na nie czas nie wiem. Może w piątek, chociaż nie jestem pewna. Nawet anime nie mam czasu oglądać, a w piątek tata był w domu, więc dostęp do internetu wynosił 0,5%. A w ogóle nie usiadłam. Na pewno we wtorek żadnego nie będzie opowiadania, ani w środę.
Oczywiście przepraszam za wszystkie błędy jakie są. I jeszcze raz przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam.
14. Sny
Znów spoglądałam przez okno szpitala. Lecz tym razem przyglądałam się ulicy I ludziom wchodzącym I wychodzącym z ośrodka. Po prostu leżałam I o niczym nie myślałam. Tylko te jedyne pytania chodziły mi po głowie: Co się stało? Co się dzieje? Kim jestem? Kim byłam? Kim będę? Przestałam mówić, przestałam jeść, przestałam żyć. Po prostu już nic nie chciałam. Wszystko było przytłumione, cały świat oślepiał mnie swoją grozą I kłamstwem.
Trafiłam tutaj jako nadzwyczajny przypadek. Wypadek: nieznany, przyczyna: nieznana, sprawca: nieznany… I tak w kółko. nic nikt nie wiedział, a ja przestałam się odzywać. Jednak, nawet gdybym się odezwała I powiedziała, że nie znam ludzi podających się za moich rodziców, że nie znam ludzi, którzy mnie odwiedzają I że jestem „Survest“ to uznaliby mnie za wariatkę I znów umieścili na terapii. Nic nie było dobrą odpowiedzią, nic nie było prawdziwym kłamstwem.
Nie pamiętałam tego kim byłam, ani tego co się stało. Sama zastanawiałam się jak tutaj wylądowałam. Najprawdopodobniej ktoś się włamał I usiłował mnie zabić, ale z podsłuchiwanych przeze mnie rozmów wynika, że byłam miła I dobra – w takim wypadku nie powinno być osoby, która chciałaby mnie zabić.
Tak więc leżałam, powtarzając w kółko te same pytania w białym pokoju. Słyszałam tylko bicie swojego serca I oddech, nierówny oddech. Czasami kaszląc, zgnałam się w pół. Gdy to robiłam, czułam w brzuchu rozżarzone węgle I igły. I jeszcze bardziej się skulałam. Często przychodził lekarz I mnie badał, ale nic nie mógł wskórać – po prostu nie wiedział co mi jest. Przypadek nadzwyczajny.
Oczywiście przychodzili różni ludzie. Na początku mówili coś do mnie, ale ja dawałam im wyraźny dowód tego, że nie chcę ich słuchać. Potem już nic nie mówili I tylko przychodzili, kładli kwiaty na małym stoliczku I wychodzili po cichu. Szeptali między sobą, jeżeli byli to ludzie z mojej szkoły. Płakali jeżeli to była rodzina. Ciężko wzdychali jeżeli to był policjant, czy ktokolwiek z nieznanych mi ludzi.
Za oknem było ponuro. Ciągle padał deszcz I wszyscy byli senni. Czegoś zapowiedź? Czegoś koniec…
***
Tej ponurej nocy śniłam. Śniłam o czymś strasznym…
Znajdowałam się w opustoszałym mieście. Po ulicach walały się opuszczone samochody. Niebo było zasnute czarną mgłą z której rozbrzmiewały grzmoty. Pioruny uderzające w ziemię dawały światło. Krwawe słońce zachodziło, zanurzając się w głębokiej wodzie morza. Na drogach leżały ludzki ciała – zmasakrowane I zniszczone. Nie mieli twarzy, ale nawet bez nich wiedziałam co czuli. Oprócz rozmaitej muzyki wydawanej przez czarne sklepienie, słyszałam syki, trzaski łamanych kości I coś na podobieństwo mruczenia, warczenia I ryku.
Stałam tam po środku ulicy I się wszystkiemu spokojnie przyglądałam, myśląc: „macie za swoje“. Wiedziałam w co byłam ubrana. Rozpuszczone włosy I te niebieskie, straszne oczy odbijały się w szybie sklepu z mięsem. Czarna bluza, dżinsy I trampki. Nic nie zwykłego. Wyglądałam jak jedna z ocalałych, ale oczywiście gdyby patrzeć na moje plecy.
Odwróciłam wzrok od szyby I spojrzałam na zachodzące słońce. Ruszyłam w jego kierunku w nadziei na światło. Mrok zbliżał się coraz szybciej I szybciej. Im bliżej byłam morskiej tafli wody, tym jakby głośniejsze zdawały się być grzmoty za mną. Chmury przybrały czerń pomieszaną z granatem. Domy, wieżowce, sklepy… wszystko co zostawiłam tonęło w czerni. Gdy moje buty zaczęły obmywać faje spostrzegłam, że czerwone słońce już zaszło I w świecie w którym stałam nic już nie pozostało. Nic nie było. Spojrzałam na morze I zobaczyłam, że to krwawe słońce wschodzi na jego dnie. Zaczęłam wchodzić coraz głębiej w wodę, aż nie czułam gruntu. Zamknęłam oczy I się zanurzyłam. Ciuchy nie były ciężkie. Nie wstrzymywałam powietrza. Wchłonęłam wodę I nią oddychałam. Otworzyłam oczy I widziałam wszystko doskonale. Pierwszy raz zapragnęłam nic nie widzieć. To co zobaczyłam… bolało…
Wokół mnie pływały zwłoki ludzi, których znałam. Matka, Sam… nawet wujek, ciocia, siostrzenica, prababka…. Nawet chłopak z lasu z zielonymi oczami. Dziewczyna która z nim była. Wszyscy mieli zamknięte oczy I nie żyli. Jednak słyszałam ich myśli.
„Boję się…“
„Pomóż mi…“
„Proszę… pomóż mi…“
Ich myśli stawały się coraz bardziej natrętne, aż w końcu zobaczyłm jak ich oczy się otwierają I wpatrują we mnie. Przenikają mnie I spoglądają w moją duszę. Krzyczę do nich „Nie patrzcie! Nie patrzcie! To boli… Nie patrzcio e…“. W końcu się poddaję I opadam z nimi na dno.
Następnie śniłam kolejny sen. Nastąpił jeden po drugim.
Znajduję się w wielkim korytarzu. Mam sześć lat I przede mną ciągną się miliony drzwi. Widzę dwa czarne końce. W dłoni trzymam misia. Szukam pewnych drzwi, ale nie wiem o co dokładnie mi chodzi. Za to moje ciało wiedziało. Nie otwierałam ich. Szłam po prostu przed siebie. Dotarłam do końca I otworzyłam najmasywniejsze z nich. Wchodzę I się rozglądam. Zauważam wielki obraz, przykryty płótnem. Jednym ruchem odsłaniam płótno. Widzę piękną kobietę w której się zakochuję. Przychodzę teraz do niej codziennie. Cały czas powracam do tego korytarza I idę przed siebie. Stoję przed obrazem I nadal się mu przypatruję.
Aż pewnego dnia gubię drogę na prostym korytarzu I zaczynam biec. Biegnę I biegnę, ale nic nie znajduję. W końcu potykam się o własne nogi I zaczynam spadać w czarną dziurę. Spadam I spadam, ale nie upadam. Widzę jak otwierają się oczy I się we mnie wpatrują. Ich myśli mnie sięgają I słyszę w kółko:
„Ona powinna umrzeć…“
„Powinna, powinna…“
„Nich zginie… Niech nie przeżyje!“
Upadam na czarną ziemię I wpatruję się w blaknące światło.
Trzeci sen. Przytłumiony I niewyraźny.
Znajduję się w korytarzu. Tym razem stoję przy schodach na pierwszy piętrze. Wokół mnie wszystko się wali I stoi w płomieniach. Ogniste szpony sięgają schodków I nie mam jak zejść. Mam 12 lat I w dłoni trzymam nóż. Na jego ostrzu widzę zakrzepłą krew. Wokół mnie wszystko się waliło I błyszczało chorą czerwienią. Gdzieś między płomieniami dostrzegłam czyjąś postać. Jej czarny kontur tańczył wraz z płomieniami. W tym horrorze, otworzyła oczy I zaraz dotknął mnie kolor jego oczu. Niebieskie źrenice wpatrywały się na mnie ze smutkiem I miłością. Mama?
– Z moich ust wydobyło się to jedno słowo. Postać pokręciła głową. Cofnęła się o krok I zniknęła w płomieniach.
Odwróciłam się, przywołana trzaskiem dochodzącym zza moich pleców. Przede mną stała kolejna postać. Wyższa niż poprzednia. Tamta bez cienia wątpliwości była dzieckiem. Ta wyglądała na dorosłego mężczyznę. Z jego ciemnej postaci wyłaniały się oczy. Również niebieskie. Oraz szyderczy uśmiech. Stała w mroku I płomienie jego nie sięgały. Bałam się go. Nagle rozpłynął się I już go nie zobaczyłam. Usłyszałam za to szepty:
„To wszystko twoja wina…“
„Giń!“
„Chcę uciec…“
„Dlaczego?“
„Dlaczego to zrobiłaś?“
„Dlaczego nas zabiłaś?“
***
Gdy zbudziłam się po tych trzech snach, nad sobą zobaczyłam już znane mi zielone oczy. Pochylał się nade mną I odsunął w momencie kiedy otworzyłam oczy. Moim ciałem wstrząsnęły drgawki. Była noc I za oknem zobaczyłam przejeżdżający samochód. Znów spojrzałam na postać stojącą w mroku I na drugą. Zapanowała cisza, którą przerywał mój szybki oddech. Podniosłam się I skuliłam.
Byłam załamana. Już nie wiedziałam naprawdę kim jestem I co tu robię. Żyję? Żyć mogą ludzie, nie ja…. Człowiek nie człowiek – tym byłam. Zobaczyłam ludzi, nie ludzi. Widziałam rzeczy, nie rzeczy. Widziałam koniec, nie koniec.
Podniosłam głowę. Z moich oczu płynęły łzy I miałam już wszystkiego dość. Wyrwałam z siebie wszystkie podtrzymujące mnie przy życiu kable I podeszłam do niskiej postaci z złotymi oczami. Rzuciłam się na nią szepcząc: - Proszę, wybacz mi… Wybacz… - Nie wiedziałam skąd ten przypływ. Najprawdopodobniej z własnej bezsilności. Kto wie, czy naprawdę zwariowałam? Niczego nie chciałam, niczego nie pragnęłam.
Ku mojemu zdziwieniu postać upadła ze mną na podłogę. Oparłam głowę na jej piersi I słyszałam bicie serca. Zamiast mnie zrzucić, zaczęła głaskać po głowie I cicho uspokajać. Byłam w szoku, ale powoli mój oddech zwolnił I tylko słuchałam jej bicia serca. Postać chłopaka stała w kącie I nam się przyglądała. Po kilkunastu minutach podeszła odlepiła mnie od dziewczyny I wzięła na ręce. Zaniosła mnie na łóżko. Już w jego ramionach czułam zmęczenie. Położył mnie lekko na łóżku I przykrył kołdrą. Wpatrywałam się nieprzytomnymi oczami w obraz za oknem. Chłopak wyszedł przez drzwi, a dziewczyna tylko po cichu do mnie podeszła I pocałowała w policzek. Lekko musnęła moje włosy I wyszła za chłopakiem, po cichu zamykając drzwi.
***
Następnego ranka dowiedziałam się, że spałam trzy dni. Przez chwilę myślano, że zapadłam w śpiączkę. Oczywiście z przyjemnego snu obudziła mnie pielęgniarka. Krzyknęła kiedy zobaczyła mój uśmiech na twarzy podczas snu, ponieważ byłam tak blada, że myślała, że nie żyję. Oczywiście była to chora bladość. Z tego powodu zabrano mnie na badania, lecz wszystko było w normie. Lekarze znów głowili się nad moim przypadkiem, a ja tylko śmiałam się w duchu z min jakie robili, patrząc na moje wyniki testów.
Teraz gdy ludzie mnie odwiedzali zaczęłam się odzywać. Wtrącałam swoje trzy grosze I wychodzili zadowoleni. Jedynie ludzie podający się za moich rodziców nie byli szczęśliwi. Powiedziałam, całą prawdę. No, może nie całą, ale to że naprawdę nie wiem kim są ci ludzie, ani żadna z osób które mnie odwiedzają. Również dałam im do zrozumienia, że jak tylko wrócę do ich domu, to zabieram rzeczy I się wyprowadzam, gdziekolwiek. Jednak oczywiście nie dane mi będzie tak zrobić. Do wieku 18 lat muszę z nimi mieszkać, jednak już obmyślałam plan ucieczki. Nie chciałam szczęścia, chciałam zrozumienia, a ci ludzie nadzwyczajnie w świecie nie rozumieli mojego charakteru, który dla nich był kompletnie innym niż poprzedni. Jednak po podliczeniu lat zrozumiałam, że obecnie mam jakieś 19. wyglądam jak 16-latka, ale mam 19 lat. Jednak gdybym naprawdę powiedziała całą prawdę… nic by to nie zmieniło po za tym, że znów gdzieś wyląduję.
Gdy nikogo nie było uciekałam do przeszłości I przywracałam dotyk dziewczyny I siłę chłopaka, tamtej nocy po śnie. Wiedziałam, że zbyt szybko znów się nie pojawią, jednak jednego byłam pewna: że znów ich zobaczę, ale po inną postacią. Wiedziałam, że będą mi bardzo bliscy, nawet prawie jak matka I ojciec. Jak Sam.
Na myśl o moim starszym bracie zakręciło mi się w głowie. Zaczęłam się zastanawiać gdzie mógł być I co robić. Gdzie była moja matka? Gdzie była moja prawdziwa przeszłość? Co się ze mną stanie?
Potrząsnęłam głową I wróciłam do teraźniejszości. Spojrzałam na uchylone drzwi I zobaczyłam w nich dziewczynę o brązowych włosach. Weszła powoli przypatrując się mi I trzymając w ręce zeszyt, bodajże od matematyki.
- Cześć Sara. – Powiedziała I widziałam jak jej ręce lekko drżą. Nie odpowiedziałam jej. Nie widziałam, żeby wcześniej przychodziła, więc przypatrywałam się jej. Widziałam jak się rumieni pod moim spojrzeniem. – Dawno się nie widziałyśmy… W końcu to jakieś ładne parę miesięcy… Wiesz, że jest już nowy rok? Miałaś już urodziny I… - Zobaczyłam w jej oczach łzy. Przełknęła ślinę I powstrzymała się od płaczu. – Chciałam ci oddać ten zeszyt od matematyki… Może dla ciebie nie jest tragedią to, że straciłaś pamięć I nie pamiętasz wszystkich osób. Nie pamiętasz swojej przeszłości związanej z tym miastem I w ogóle. Słyszałam opinie o tym jaka teraz jesteś. Na początku nie chciałam cię w ogóle odwiedzać. Powiem ci wprost, że cię nie lubię. Byłaś za wesoła, teraz jesteś za smutna. Jesteś wkurzająca. Nie masz osobowości I nie wiem, czy ty wiesz, kim jesteś… Chciałam ci tylko oddać ten durny zeszyt od matmy, który trzymałam tyle miesięcy u siebie w domu. Szczerze mówiąc byłam zaskoczona, że spotkał cię taki wypadek. Właściwie nieznany wypadek. – Czułam w jej głosie opanowanie. Coraz szybciej wypowiadała słowa. – Na początku nie martwiłam się I tylko słuchałam. Ale im więcej osób cię odwiedzało, tym bardziej w szkole panowała grobowa cisza. Wszyscy siedzieli jakby zszokowani, a gdy dowiedziałam się, że tak po prostu straciłaś całą pamięć I w ogóle nic nie mówisz , to mną wstrząsnęło. Zachowywałam się jak zombie. Widziałam cię na przerwach jak śmiejesz się w gronie swoich przyjaciół, jak płaczesz kiedy jest ci źle I wtedy jak jesteś po prostu normalna. Jednak wszystko usłyszałam. – Podeszła bliżej do mojego łóżka. – Nie odzywałaś się. Byłaś nieżywa. Ludzie wracali jeszcze bardziej przygnębieni niż wcześniej. Nie wiem co oni zobaczyli w szpitalu w którym się znajdowałaś. Byłam ciekawa, ale wciąż nie gotowa, żeby cię odwiedzić. Zaczęłam każdego wieczoru przeglądać twój zeszyt od matematyki. Spoglądałam na twoje pismo jakby było starożytnym, zdobytym skarbem ze świątyń w Egipcie. Z dnia na dzień po prostu… Czułam się dziwnie. To wszystko było dziwne. Ludzie wracali… I znów przychodzili. Wracali I przychodzili jak w jakimś kołowrotku. Twoi rodzice zaczęli zwalniać się częściej z pracy, żeby cię odwiedzić. Jednak ty pozostawałaś na wszystkich obojętna. Nadal leżałaś jak trup. W końcu zapadłaś w śpiączkę na trzy dni I wszystkim się wydawało, że umrzesz. Aż w końcu gdy się obudziłaś, odezwałaś się. Atmosfera w szkole zmieniła się. Wszystkim jakby ulżyło. Wiesz, że ludzie którzy I tak cię nie znali odwiedzali cię często? Wiesz, że przykułaś wszystkich uwagę? Byłaś ciekawym obiektem. – Usiadła na moim łóżku. Wpatrywałam się w nią. – Proszę. – Podała mi mój zeszyt od matematyki, a ja go wzięłam spokojnym gestem I otworzyłam. Zaczęłam kartkować go powoli. Dziewczyna nadal siedziała. Z ciekawości zajrzałam na sam koniec I zobaczyłam obrazki. Pięknie namalowane rysunki. Dotknęłam je dłonią, a gdy to zrobiłam poczułam jak przez moje ciało przepływa ciepło. Poczułam zapach Sama. Usłyszałam jego głos z oddali. W moich oczach stanęły łzy, ale opanowałam je. Nie chciałam płakać przy tej dziewczynie, nie wiedziałaby o co mi chodzi, albo wyniosłaby stąd złe wnioski. Zamknęłam zeszyt I odłożyłam go na stoliczek. Spojrzałam na nią.
Dziękuję. – Powiedziałam trochę zachrypniętym głosem. Po tych słowach zaczęłam kaszleć. Gwałtownie się podniosłam. Gdy się już opanowałam spojrzałam na dziewczynę, która patrzyła na mnie przerażonymi oczami. – Możesz mi powiedzieć, czy ktoś nie przyszedł do naszej klasy? – Spytałam się.
Wydawała się zdziwiona moim pytaniem. Odpowiedziała szybko:
Tak. Chłopak I dziewczyna. Są jakby takimi przyjaciółmi, ale wyglądają naprawdę komicznie. Chłopak ma na imię Aaron I już podbił serce pani od plastyki, a dziewczyna ma na imię Megan. Dziwne imię, co nie?
Które? – Zapytałam się. Zachciało mi się nagle porozmawiać z tą dziewczyną, na normalnie. Nie tak jak z innymi, którzy do mnie przychodzili.
Oczywiście Megan. Słyszałaś o takim? Bo ja nie… - Zauważyłam jak coraz bardziej się rozluźnia, a napięcie pomiędzy nami maleje.
Nie. Też pierwszy raz o nim słyszę. Opowiesz mi o nich? – Zapytałam. Byłam miła I jakby… spokojna. Chciałam żeby mi opowiedziała o tej parce. Chciałam żeby po prostu mi o wszystkim powiedziała. Widziałam w jej oczach coś innego. Była inna I mnie nie lubiła. Przyszła tu nie za plotkami, lecz z powodu ciężaru mojego dawnego zeszytu od matmy.
Dobra… uwierz mi, jak ich zobaczysz to wybuchniesz śmiechem. – I zaczęła paplać I rozmawiałam z nią zbyt długo jak na normalną wizytę. – Chłopak jest wysoki jak drzewo, a dziewczyna niziutka. Gdy przy nim stoi sięga mu gdzieś do pępka, a ja z resztą niewiele wyżej. Naprawdę ten koleś może robić za drzewo, które ostatnio wycieli na naszym osiedlu. I nie tylko to ich różni. On ubiera się na czarno, szaro, brązowo, a ona na jakieś fluroscencyje kolory. Różnią się od siebie wyglądem, wzrostem I charakterem. Często mają sprzeczki, ale jak jest już po nich wybuchają wielkim śmiechem. Są głośni I słychać Ich cały czas na korytarzu. W dodatku Aaron już podbija serca dziewczyn. Kilkanaście mu się oświadczyło, jednak on ciągle odmawiał. A im bardziej odmawiał tym więcej much się przy nim kręciło. A w nauce jest… beznadziejny. Naprawdę. Megan jest od niego mądrzejsza, a jest pzecież Otaku…
Kim? – Spytałam się, bo naprawdę nigdy nie spotkałam się z tą nazwą.
Otaku. Taki mega fan Japonii, mang I anime. To jej cytat jak się przedstawiała w klasie. Specjalnie przerwała lekcję, żeby to objaśnić. Oczywiście ma swoich wrogów wśród dziewczyn I chłopaków, ale jak widać nie przejmuje się tym. Jak ją zaczepiali to naklęła im tak, że wylądowała u dyrektora na dywaniku. Współczuję jej. Ale jest spoko. Lubię ją. Szczególnie podziwiam ∆ą za jej styl. Żeby tak wszystkie kolory dobrać to naprawdę trzeba być geniuszem. Za to Aaron mi się nie podoba. Jest dziwny. Zawsze mniej mówi I błądzi w chmurach. Jednak Megan wszystkich zapewniała, że to „najlepszy chłopak jakiego spotkać można na świecie“. Pewnie jak się go lepiej pozna to rzeczywiście tak jest…
I tak rozmawiałyśmy przez długi czas. Praktycznie ja słuchałam, a ona opowiadała. Dowiedziałam się jaka byłam I o dziewczynie z nocy I o chłopaku. Wiem, że jak przyjdę już do szkoły (co się stanie już niebawem) będą chcieli ze mną porozmawiać. Na początku w ogóle do mnie nie podejdą, po pewnym czasie w końcu się z nimi spotkam.
Jednak czas musi uleczyć mnie do końca. Dopiero wtedy będę mogła stawić czoła prawdzie, nawet tej okrutnej.
Gdyby nie soundtrack z anime Shiki, szybko by to nie powstało :) Już się w tym zakochałam!
|