Bez tytułu ~
2012-03-27
Wiem, że można dostać ze mną urwania głowy, nie dodaję nowych notek, jak coś zapowiadam to tego nie piszę - innymi słowy jestem nieodpowiedzialna. I się nie będę z tym sprzeczać, bo to prawda. Jednak mój problem jest z moją weną - za nic nie mogę do końca doprowadzić opowiadania. Ani nowego rozdziału.. NIC... Kompletne dno.
Ale wymyśliłam taki jakby sposób na napisanie czegokolwiek - kupuję sobie zeszyt i piszę w nim w każdej chwili albo pomysł, albo opowiadanie, albo przypuszczenia. Ostatnio znienawidziłam klawiaturę na biurku i po prostu nie napiszę na niej ani jednego zdania. Focham się na nią i koniec. Teraz wszystko ręcznie i bardziej mi to odpowiada niż męczenie się z ortografią, pozamienianymi literkami, a nawet przeczytam jak już napiszę i poprawię powtórzenia.
Więc bardzo wszystkich przepraszam, najprawdopodobniej pewnie już nikt tego co pisze nie czyta, bo jestem niepunktualna, nieodpowiedzialna i nie wywiązuję się ze swoich obietnic.
Obrazy z koszmaru
2012-03-11
Drugi spisany sen. Owym człowiekiem jest Light Yagami z anime Death Note, ale nie mogę dodać zdjęcia, a nie chciałam pisać o jakiejś postaci z anime, bo byście nie wiedzieli o co chodzi. Historia, którą przedstawia jest oczywiście fałszywa i mój umysł po prostu ją stworzył :)
Obrazy z koszmaru
Kąpałam się w morzu, nad wielkim mostem. Czułam śmieci unoszące się na brudnej tafli wody. Wokół również kąpali się inni ludzie, jednak po ich minach wywnioskowałam, że im to nie przeszkadza. Kapałam się w dwu częściowym kostiumie I pomarańczowej kamizelce, która utrzymywała mnie na wodzie. Rozglądałam się dookoła. Pogoda była ponura, czuło się ciężkość powietrza.
Znikąd wyłoniła się motorówka, którą prowadziła mama mojej przyjaciółki. Ktoś ją najwyraźniej ścigał. Podjechała do mnie I nie myśląc nic wiele, wskoczyłam na motorówkę. Uciekałyśmy na otwarte morze. Fale były małe I zapomniałam, że jak wpadniemy do wody, to możemy utonąć. Nadal ktoś nas ścigał, ale po chwili dał sobie spokój. Na tej przestrzeni woda była czysta.
Po chwili jazdy znalazłyśmy się na wyspie. Było dużo zieleni, a przede mną widniał szary bunkier? Dom? Nie wiem jak to opisać… Po prostu podłużny dom, który był szary I nie był zbudowany z drewna, ale z blach. Widać było rdzę. Zeszłam z motoru I weszłam do domu od jego drugiej strony. Spodziewałam się zastać jakiś magazyn, albo toaletę, ale zobaczyłam, że w środku jet urządzone normalne mieszkanie. W momencie w którym weszłam, mój strój zmienił się na brązowy golf, spodnie I jakieś buty. Mieszkanie się zwęrzyło I nikt by nie pomyślał, że było podłużne. Wręcz przeciwnie. Kwadratowe, ale I tak ledwo co się tu mieściło.
Zaczęłam iść korytarzem w kierunku otwartych drzwi. Ktoś stał w środku pokoju, do którego zmierzałam. Ominęłam łazienkę, która oślepiała swoją bielą. Właściwie tuż na przeciwko niej było biurko. Po jego dwóch stronach stały regały z książkami. Na nim zaś leżał zamknięty laptop. Niebieskie, niemal turkusowe światło lampki, która stała na biurku kontrastowało z kolorem światła łazienki I ciemnej żółci, przemieszanej z pomarańczowym. Jeszcze gdzieś w kącie stała deska do prasowania. Weszłam do pokoju.
Był w kolorach ciemny pomarańcz ala brąz ala ciemna żółć. Po mojej lewej stronie stała wysoka lampa, komoda I dwa fotele. Po prawej stronie był dywanik, szafki I telewizor – plazma. Między lampą, a fotelem stała postać mężczyzny. Stanęłam przed nim na dywaniku I czekałam aż coś powie.
Odezwał się I zaczął opowiadać swoją historię. O swojej siostrze, matce I ojcu. O tym jak jego matka była artystką, jak jego siostra była upośledzona, o tym jak zginął jego ojciec. Ta historia coraz bardziej mnie ciekawiła. Aż do pewnego momentu. Zaczął opowiadać jak jego matka po śmierci jego siostry zaczęła rysować kobiety w ciąży – nie wiedział jaki był tego powód. Po prostu po śmierci jego siostry, ojca I jego nie wiedziała co zrobić. Wszystko dla niej przepadło.
I w tym momencie nawiedziły mnie te obrazy. Przedstawiały kobiety, czarne I białe, na tle czerwonego nieba, w ledwo zakrywających ich ciała ciuchach, a raczej łachmanach. Były wysokie I chude. Czasami widać było ich kości. Albo kawałki mięsa. Nosiły dzbany na głowach. Nie miały oczu, ani ust – tylko zarys czaszki, na którą naciągnięta była skóra. Wszystko było obrzydliwe. Czasami ich twarze przypominały wyraz człowieka, lub demona z obrazu „krzyk“(*nie pamiętam autora).
Upadłam na ziemię, przez szok. Zaczęło mis ię kręcić w głowie, świat wokół mnie wirował. I zanim zemdlałam, nawiedzana koszmarem kobiet, zobaczyłam jak mężczyzna wychodzi z pokoju. A potem się obudziłam I bałam zasnąć.
Choroba
2012-03-11
Nie wiem, czy w poprzedniej notce wspominałam o tym, że zrobię z kilku moich snów opowiadanie. Więc to jest pierwsze spisane. Nie jest wesołe.
Choroba
Impreza. Hałas. Zapomnienie. O. tym. Co. Mnie. Czeka. Tylko. Że. Nie. Mogę. Zapomnieć!!!!!
Otworzyłam oczy. Szeroko. Trzymałam mamę za rękę. Szłyśmy w kierunku dużego statku rodem z tytanica. Rozglądałam się wokół. Wszystko było jaskrawe. Trawa przypomniała kolor rodem z klocków lego. Niebieskie niebo było zbyt idealne, nawet jeżeli znajdowały się tam chmury piętra niskiego (kłębiaste). Panował gwar przez ludzi, rozmawiających I zamawiających w różnych sklepikach. Wyglądało to jak festiwal. Wszędzie budki z watą cukrową, zimnymi lodami I wszelkiego rodzaju atrakcjami. Nawet znajdowało się tu diabelskie oko! Byłam zachwycona… Mama też. Obchodziłyśmy stragany I prawie zapomniałam o „tym“.
I gdy zorientowałam się, że to nie jest zwykły festiwal, ale uczczenie któryś urodzin, emerytowanego boksera o którym nigdy nie słyszałam, natychmiast wszystko do mnie powróciło. Ścisnęłam mamę mocniej za rękę. I nie puszczałam.
Szłyśmy w kierunku lodów jako napój(*nie wiem jak to napisać – mam nadzieję, że się domyślicie o co mi chodzi, takie są czerwone I niebieskie I się je pije). Była to biała, nijaka budka, która niczym się nie wyróżniała. Niebo się nie zmieniło, wiatr się nie zmienił, tytanic nie zniknął. W budce stała pulchna kobieta, która zaczęła nalewać mi zimny, niebieski napój. Czekałam dość długo. Na tyle długo, by owy emerytowany bokser podszedł I też zamówił lody. Przedstawił mi się I swoją żonę. Byli czarni I najprawdopodobniej mieszkali w Ameryce. Oboje byli ubrani w biały strój. Mężczyzna w biały garnitur, pod spodem nosił różową koszulkę, a na głowę ozdabiał biały kapelusz. Jego żona była elegancko ubrana. Biała spódnica, również różowa bluzka I biały żakiecik. Przez chwilę przyglądałam się im.. W moim sercu narastał coraz większy strach przed rzeczywistością. I tym, że umrę. Umrę. Umrę.
- Ja też jestem na nią chory – Odpowiedział mi emerytowany bokser. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Zaczęłam płakać I myślałam „nie chcę umierać:, aż w końcu powtarzałam to w kółko na głos, Ļlacząc I tuląc się do mamy. Ta głaskała mnie po głowie, a emerytowany bokser I jego żona zaczęli rozmawiać, a następnie popatrzyli w niebo I zniknęli. A potem wszystko zniknęło I zostałam sama, cały czas płacząc.
Obudziłam się, nagle I nadal płakałam. Przez kilka minut naprawdę myślałam, że umrę na tę „tajemniczą chorobę“. Tak naprawdę wiedziałam, że we śnie został mi tylko miesiąc życia. I zdałam sobie sprawę, że nie chcę umierać. Człowiek potrafi okłamać samego siebie, ale nie we śnie.
Tory
2012-03-09
Wiem, że może Wam się wydawać że opuściłam ten blog. Ale to jest nieprawda. To po prostu moje lenistwo i niezdolność spisania wszystkich myśli, które muszę potem przekształcić w opowiadanie. No bo tak mniej więcej to wygląda... Chociaż niektóre przychodzą łatwiej niektóre gorzej. Np. taka "łąka"" ma milion kopii, ale żadna mi nie pasuje, a nie wiem jak zrobić żeby mi pasowała. Więc jeszcze poczekacie z jej opublikowaniem. Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz bardzo przepraszam za to że nie dawałam znaku życia.
Miłego czytania :)
Tory
„Teraz wszystko się skończy”, myślałam. Stałam przy torach, rozważając nad swoim życiem. Zahaczałam trampkiem szyny. Kręciłam się w tą i z powrotem. Rozmyślałam o bardzo nudnych sprawach. Spoglądałam w niebo, patrzyłam na godzinę. Wymawiałam słowa „jestem szczęśliwa”. Nie zwracałam żadnej uwagi na czyjeś zaczepki, praktycznie w ogóle słuchałam jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Wsłuchiwałam się w szum drzew, rozmowy ludzi, dźwięk przejeżdżających samochodów. Uśmiechnęłam się słysząc normalną rozmowę, dwóch nastolatek. Spojrzałam w ich stronę.
Jedna z nich była wysoka. Brunetka, czarne oczy, roześmiana twarz i beztroska się na niej malująca. Druga była niższa i bardziej cicha. Jednak ich rozmowa była ożywiona i ciekawa. Przynajmniej dla mnie. W końcu wkrótce miałam nie mieć możliwości posłuchania zwykłych plotek. Rozmowa o nauczycielach też mogła mnie uszczęśliwić. W tej chwili gdybym nawet usłyszała rozmowę o niedobrych pomidorach, zaczęłabym uciekać myślami od „tamtej” chwili. Jednak nie mogłam o niej przestać myśleć.
Pamiętam, że wracałam wtedy ze szkoły. Jak co dzień mijałam tory, kościół, bibliotekę publiczną i prosto kierowałam do domu. Niby zwyczajny dzień, jednak tylko dla kogoś kto by mnie zobaczył i nie wdawał sie w szczegóły mojego życia.
Oczywiście ten dzień nie należał do normalnych. Dostałam 1 ze sprawdzianu z matematyki oraz uwagę za to, że „rozmawiałam na lekcji”. Jednak w tym drugim to NIE ja rozmawiałam, tylko Iza. Nikt oczywiście nie wstawił się na moją obronę, bo po co? Wyrzutek klasowy – po prostu nie ma prawa istnieć.
Tylko to co przeżyłam w szkole, było niczym w porównaniu z tym co miałam przeżyć w domu.
Weszłam, rozebrałam się i dopiero po kilku minutach usłyszałam krzyki. Muszę przyznać, że Guns n’ Roses potrafią zakłócić krzyki. Rzuci łam plecak na podłogę i pobiegłam zobaczyć co się „znowu” stało.
To co zobaczyłam po prostu mną wstrząsnęło. Mama leżałam martwa, a wokół jej głowy świeciły się małe odłamki szkła. Rozejrzałam się w poszukiwaniu sprawcy. Oczywiście zdążył uciec. Moje serce bilo szybko. Nie mogłam zapanować nad oddechem. Wiedziałam kto był sprawcą. Drżącymi rękami, uniosłam matkę w ramiona i po cichu zaczęłam płakać.
Od dawna matka spotykała się z tajemniczym mężczyzną, jednak bałam się jej cokolwiek powiedzieć. Była z nim szczęśliwa. Od śmierci taty nie widziałam jej tak roześmianej. Jednak już teraz nigdy nie zobaczę jej uśmiechu.
Nie miałam odwagi do nikogo zadzwonić, tak więc po prostu wybiegłam z domu i…
…tak stoję na tych torach, czekając aż pociąg zabierze mnie do miejsca w którym są mama i tata.
Nie miałam gdzie zobaczyć szczęścia. Myślałam o tym, żeby ktoś za mnie żył. Żeby cieszył się tak jak ja. Miał przyjaciół i dobre oceny. Żeby nie płakał, a szedł przez życie z podniesioną głową. Szkoda. Że nie mogę tego spisać… Kto wie, może ktoś by to naprawdę za mnie zrobił?
Pod moimi stopami zaczęły drżeć szyny. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w stronę pociągu. Odważnie ustawiłam się i czekałam na uderzenie. A potem sobie coś przypomniałam: „dlaczego nie mogę żyć dla tych którzy nie mogą? Dla tych którzy zginęli na wojnie, umarli na rózne choroby lub zostali zamordowani?”.
W moich myślach zawitało wahanie. Nagle zaczęłam chcieć żyć. Mocno chcieć. Chwytałam się swojej nitki życia, bardzo rozpaczliwie. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. 30 sekund dzieliło mnie od zderzenia… 20… 18… Poruszyłam palcem i w ostatniej chwili zbiegłam z torów, opadając na ziemię, turlając się z małej górki. Po moich policzkach spływały łzy.
Osoby obserwujące zdarzenie, dopiero teraz podbiegły i pomogły mi się uspokoić. Nie byłam zdolna do niczego. W końcu zemdlałam ze strachu przed wszystkim.
Kilka miesięcy później… wszytko zostało wyjaśnione. Mieszkam obecnie w Warszawie, w domu dziecka. Chodzę do nowej szkoły. Człowiek, który zamordował moją matkę będzie siedział w wiezieniu przez resztę swojego życia. Chodzę na wizyty do psychologa, żeby moja psychika nie była niszczona tak jak niegdyś.
I znalazłam powód by żyć. Nie jest to wiara ani ktoś kogo kocham. To dla czego żyję, jest mała słodką tajemnicą. I zawsze jest jakiś powód. Nawet Bóg musiał mieć powód by stworzyć świat. Pewnie mu się nudziło… Tak jak mi teraz.
Jeszcze raz przepraszam... Mam nadzieję, że o mnie pamiętacie :)
Rozdział 14 - Somnia
2012-02-18
Przepraszam Was za to, że tak długo nic nie dodawałam, ale nie miałam za dużo czasu. Po prostu tyle mam do pozaliczania sprawdzianów w szkole, że nie mam czasu pisać opowiadań. Nawet jak mam jedną godzinę wieczorem dla siebie to jestem po prostu nieprzytomna i idę spać. Na pewno dużo nie możecie spodziewać się w następnym tygodniu. Mam już plany na dwa opowiadania, jednak kiedy znajdę na nie czas nie wiem. Może w piątek, chociaż nie jestem pewna. Nawet anime nie mam czasu oglądać, a w piątek tata był w domu, więc dostęp do internetu wynosił 0,5%. A w ogóle nie usiadłam. Na pewno we wtorek żadnego nie będzie opowiadania, ani w środę.
Oczywiście przepraszam za wszystkie błędy jakie są. I jeszcze raz przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam.
14. Sny
Znów spoglądałam przez okno szpitala. Lecz tym razem przyglądałam się ulicy I ludziom wchodzącym I wychodzącym z ośrodka. Po prostu leżałam I o niczym nie myślałam. Tylko te jedyne pytania chodziły mi po głowie: Co się stało? Co się dzieje? Kim jestem? Kim byłam? Kim będę? Przestałam mówić, przestałam jeść, przestałam żyć. Po prostu już nic nie chciałam. Wszystko było przytłumione, cały świat oślepiał mnie swoją grozą I kłamstwem.
Trafiłam tutaj jako nadzwyczajny przypadek. Wypadek: nieznany, przyczyna: nieznana, sprawca: nieznany… I tak w kółko. nic nikt nie wiedział, a ja przestałam się odzywać. Jednak, nawet gdybym się odezwała I powiedziała, że nie znam ludzi podających się za moich rodziców, że nie znam ludzi, którzy mnie odwiedzają I że jestem „Survest“ to uznaliby mnie za wariatkę I znów umieścili na terapii. Nic nie było dobrą odpowiedzią, nic nie było prawdziwym kłamstwem.
Nie pamiętałam tego kim byłam, ani tego co się stało. Sama zastanawiałam się jak tutaj wylądowałam. Najprawdopodobniej ktoś się włamał I usiłował mnie zabić, ale z podsłuchiwanych przeze mnie rozmów wynika, że byłam miła I dobra – w takim wypadku nie powinno być osoby, która chciałaby mnie zabić.
Tak więc leżałam, powtarzając w kółko te same pytania w białym pokoju. Słyszałam tylko bicie swojego serca I oddech, nierówny oddech. Czasami kaszląc, zgnałam się w pół. Gdy to robiłam, czułam w brzuchu rozżarzone węgle I igły. I jeszcze bardziej się skulałam. Często przychodził lekarz I mnie badał, ale nic nie mógł wskórać – po prostu nie wiedział co mi jest. Przypadek nadzwyczajny.
Oczywiście przychodzili różni ludzie. Na początku mówili coś do mnie, ale ja dawałam im wyraźny dowód tego, że nie chcę ich słuchać. Potem już nic nie mówili I tylko przychodzili, kładli kwiaty na małym stoliczku I wychodzili po cichu. Szeptali między sobą, jeżeli byli to ludzie z mojej szkoły. Płakali jeżeli to była rodzina. Ciężko wzdychali jeżeli to był policjant, czy ktokolwiek z nieznanych mi ludzi.
Za oknem było ponuro. Ciągle padał deszcz I wszyscy byli senni. Czegoś zapowiedź? Czegoś koniec…
***
Tej ponurej nocy śniłam. Śniłam o czymś strasznym…
Znajdowałam się w opustoszałym mieście. Po ulicach walały się opuszczone samochody. Niebo było zasnute czarną mgłą z której rozbrzmiewały grzmoty. Pioruny uderzające w ziemię dawały światło. Krwawe słońce zachodziło, zanurzając się w głębokiej wodzie morza. Na drogach leżały ludzki ciała – zmasakrowane I zniszczone. Nie mieli twarzy, ale nawet bez nich wiedziałam co czuli. Oprócz rozmaitej muzyki wydawanej przez czarne sklepienie, słyszałam syki, trzaski łamanych kości I coś na podobieństwo mruczenia, warczenia I ryku.
Stałam tam po środku ulicy I się wszystkiemu spokojnie przyglądałam, myśląc: „macie za swoje“. Wiedziałam w co byłam ubrana. Rozpuszczone włosy I te niebieskie, straszne oczy odbijały się w szybie sklepu z mięsem. Czarna bluza, dżinsy I trampki. Nic nie zwykłego. Wyglądałam jak jedna z ocalałych, ale oczywiście gdyby patrzeć na moje plecy.
Odwróciłam wzrok od szyby I spojrzałam na zachodzące słońce. Ruszyłam w jego kierunku w nadziei na światło. Mrok zbliżał się coraz szybciej I szybciej. Im bliżej byłam morskiej tafli wody, tym jakby głośniejsze zdawały się być grzmoty za mną. Chmury przybrały czerń pomieszaną z granatem. Domy, wieżowce, sklepy… wszystko co zostawiłam tonęło w czerni. Gdy moje buty zaczęły obmywać faje spostrzegłam, że czerwone słońce już zaszło I w świecie w którym stałam nic już nie pozostało. Nic nie było. Spojrzałam na morze I zobaczyłam, że to krwawe słońce wschodzi na jego dnie. Zaczęłam wchodzić coraz głębiej w wodę, aż nie czułam gruntu. Zamknęłam oczy I się zanurzyłam. Ciuchy nie były ciężkie. Nie wstrzymywałam powietrza. Wchłonęłam wodę I nią oddychałam. Otworzyłam oczy I widziałam wszystko doskonale. Pierwszy raz zapragnęłam nic nie widzieć. To co zobaczyłam… bolało…
Wokół mnie pływały zwłoki ludzi, których znałam. Matka, Sam… nawet wujek, ciocia, siostrzenica, prababka…. Nawet chłopak z lasu z zielonymi oczami. Dziewczyna która z nim była. Wszyscy mieli zamknięte oczy I nie żyli. Jednak słyszałam ich myśli.
„Boję się…“
„Pomóż mi…“
„Proszę… pomóż mi…“
Ich myśli stawały się coraz bardziej natrętne, aż w końcu zobaczyłm jak ich oczy się otwierają I wpatrują we mnie. Przenikają mnie I spoglądają w moją duszę. Krzyczę do nich „Nie patrzcie! Nie patrzcie! To boli… Nie patrzcio e…“. W końcu się poddaję I opadam z nimi na dno.
Następnie śniłam kolejny sen. Nastąpił jeden po drugim.
Znajduję się w wielkim korytarzu. Mam sześć lat I przede mną ciągną się miliony drzwi. Widzę dwa czarne końce. W dłoni trzymam misia. Szukam pewnych drzwi, ale nie wiem o co dokładnie mi chodzi. Za to moje ciało wiedziało. Nie otwierałam ich. Szłam po prostu przed siebie. Dotarłam do końca I otworzyłam najmasywniejsze z nich. Wchodzę I się rozglądam. Zauważam wielki obraz, przykryty płótnem. Jednym ruchem odsłaniam płótno. Widzę piękną kobietę w której się zakochuję. Przychodzę teraz do niej codziennie. Cały czas powracam do tego korytarza I idę przed siebie. Stoję przed obrazem I nadal się mu przypatruję.
Aż pewnego dnia gubię drogę na prostym korytarzu I zaczynam biec. Biegnę I biegnę, ale nic nie znajduję. W końcu potykam się o własne nogi I zaczynam spadać w czarną dziurę. Spadam I spadam, ale nie upadam. Widzę jak otwierają się oczy I się we mnie wpatrują. Ich myśli mnie sięgają I słyszę w kółko:
„Ona powinna umrzeć…“
„Powinna, powinna…“
„Nich zginie… Niech nie przeżyje!“
Upadam na czarną ziemię I wpatruję się w blaknące światło.
Trzeci sen. Przytłumiony I niewyraźny.
Znajduję się w korytarzu. Tym razem stoję przy schodach na pierwszy piętrze. Wokół mnie wszystko się wali I stoi w płomieniach. Ogniste szpony sięgają schodków I nie mam jak zejść. Mam 12 lat I w dłoni trzymam nóż. Na jego ostrzu widzę zakrzepłą krew. Wokół mnie wszystko się waliło I błyszczało chorą czerwienią. Gdzieś między płomieniami dostrzegłam czyjąś postać. Jej czarny kontur tańczył wraz z płomieniami. W tym horrorze, otworzyła oczy I zaraz dotknął mnie kolor jego oczu. Niebieskie źrenice wpatrywały się na mnie ze smutkiem I miłością. Mama?
– Z moich ust wydobyło się to jedno słowo. Postać pokręciła głową. Cofnęła się o krok I zniknęła w płomieniach.
Odwróciłam się, przywołana trzaskiem dochodzącym zza moich pleców. Przede mną stała kolejna postać. Wyższa niż poprzednia. Tamta bez cienia wątpliwości była dzieckiem. Ta wyglądała na dorosłego mężczyznę. Z jego ciemnej postaci wyłaniały się oczy. Również niebieskie. Oraz szyderczy uśmiech. Stała w mroku I płomienie jego nie sięgały. Bałam się go. Nagle rozpłynął się I już go nie zobaczyłam. Usłyszałam za to szepty:
„To wszystko twoja wina…“
„Giń!“
„Chcę uciec…“
„Dlaczego?“
„Dlaczego to zrobiłaś?“
„Dlaczego nas zabiłaś?“
***
Gdy zbudziłam się po tych trzech snach, nad sobą zobaczyłam już znane mi zielone oczy. Pochylał się nade mną I odsunął w momencie kiedy otworzyłam oczy. Moim ciałem wstrząsnęły drgawki. Była noc I za oknem zobaczyłam przejeżdżający samochód. Znów spojrzałam na postać stojącą w mroku I na drugą. Zapanowała cisza, którą przerywał mój szybki oddech. Podniosłam się I skuliłam.
Byłam załamana. Już nie wiedziałam naprawdę kim jestem I co tu robię. Żyję? Żyć mogą ludzie, nie ja…. Człowiek nie człowiek – tym byłam. Zobaczyłam ludzi, nie ludzi. Widziałam rzeczy, nie rzeczy. Widziałam koniec, nie koniec.
Podniosłam głowę. Z moich oczu płynęły łzy I miałam już wszystkiego dość. Wyrwałam z siebie wszystkie podtrzymujące mnie przy życiu kable I podeszłam do niskiej postaci z złotymi oczami. Rzuciłam się na nią szepcząc: - Proszę, wybacz mi… Wybacz… - Nie wiedziałam skąd ten przypływ. Najprawdopodobniej z własnej bezsilności. Kto wie, czy naprawdę zwariowałam? Niczego nie chciałam, niczego nie pragnęłam.
Ku mojemu zdziwieniu postać upadła ze mną na podłogę. Oparłam głowę na jej piersi I słyszałam bicie serca. Zamiast mnie zrzucić, zaczęła głaskać po głowie I cicho uspokajać. Byłam w szoku, ale powoli mój oddech zwolnił I tylko słuchałam jej bicia serca. Postać chłopaka stała w kącie I nam się przyglądała. Po kilkunastu minutach podeszła odlepiła mnie od dziewczyny I wzięła na ręce. Zaniosła mnie na łóżko. Już w jego ramionach czułam zmęczenie. Położył mnie lekko na łóżku I przykrył kołdrą. Wpatrywałam się nieprzytomnymi oczami w obraz za oknem. Chłopak wyszedł przez drzwi, a dziewczyna tylko po cichu do mnie podeszła I pocałowała w policzek. Lekko musnęła moje włosy I wyszła za chłopakiem, po cichu zamykając drzwi.
***
Następnego ranka dowiedziałam się, że spałam trzy dni. Przez chwilę myślano, że zapadłam w śpiączkę. Oczywiście z przyjemnego snu obudziła mnie pielęgniarka. Krzyknęła kiedy zobaczyła mój uśmiech na twarzy podczas snu, ponieważ byłam tak blada, że myślała, że nie żyję. Oczywiście była to chora bladość. Z tego powodu zabrano mnie na badania, lecz wszystko było w normie. Lekarze znów głowili się nad moim przypadkiem, a ja tylko śmiałam się w duchu z min jakie robili, patrząc na moje wyniki testów.
Teraz gdy ludzie mnie odwiedzali zaczęłam się odzywać. Wtrącałam swoje trzy grosze I wychodzili zadowoleni. Jedynie ludzie podający się za moich rodziców nie byli szczęśliwi. Powiedziałam, całą prawdę. No, może nie całą, ale to że naprawdę nie wiem kim są ci ludzie, ani żadna z osób które mnie odwiedzają. Również dałam im do zrozumienia, że jak tylko wrócę do ich domu, to zabieram rzeczy I się wyprowadzam, gdziekolwiek. Jednak oczywiście nie dane mi będzie tak zrobić. Do wieku 18 lat muszę z nimi mieszkać, jednak już obmyślałam plan ucieczki. Nie chciałam szczęścia, chciałam zrozumienia, a ci ludzie nadzwyczajnie w świecie nie rozumieli mojego charakteru, który dla nich był kompletnie innym niż poprzedni. Jednak po podliczeniu lat zrozumiałam, że obecnie mam jakieś 19. wyglądam jak 16-latka, ale mam 19 lat. Jednak gdybym naprawdę powiedziała całą prawdę… nic by to nie zmieniło po za tym, że znów gdzieś wyląduję.
Gdy nikogo nie było uciekałam do przeszłości I przywracałam dotyk dziewczyny I siłę chłopaka, tamtej nocy po śnie. Wiedziałam, że zbyt szybko znów się nie pojawią, jednak jednego byłam pewna: że znów ich zobaczę, ale po inną postacią. Wiedziałam, że będą mi bardzo bliscy, nawet prawie jak matka I ojciec. Jak Sam.
Na myśl o moim starszym bracie zakręciło mi się w głowie. Zaczęłam się zastanawiać gdzie mógł być I co robić. Gdzie była moja matka? Gdzie była moja prawdziwa przeszłość? Co się ze mną stanie?
Potrząsnęłam głową I wróciłam do teraźniejszości. Spojrzałam na uchylone drzwi I zobaczyłam w nich dziewczynę o brązowych włosach. Weszła powoli przypatrując się mi I trzymając w ręce zeszyt, bodajże od matematyki.
- Cześć Sara. – Powiedziała I widziałam jak jej ręce lekko drżą. Nie odpowiedziałam jej. Nie widziałam, żeby wcześniej przychodziła, więc przypatrywałam się jej. Widziałam jak się rumieni pod moim spojrzeniem. – Dawno się nie widziałyśmy… W końcu to jakieś ładne parę miesięcy… Wiesz, że jest już nowy rok? Miałaś już urodziny I… - Zobaczyłam w jej oczach łzy. Przełknęła ślinę I powstrzymała się od płaczu. – Chciałam ci oddać ten zeszyt od matematyki… Może dla ciebie nie jest tragedią to, że straciłaś pamięć I nie pamiętasz wszystkich osób. Nie pamiętasz swojej przeszłości związanej z tym miastem I w ogóle. Słyszałam opinie o tym jaka teraz jesteś. Na początku nie chciałam cię w ogóle odwiedzać. Powiem ci wprost, że cię nie lubię. Byłaś za wesoła, teraz jesteś za smutna. Jesteś wkurzająca. Nie masz osobowości I nie wiem, czy ty wiesz, kim jesteś… Chciałam ci tylko oddać ten durny zeszyt od matmy, który trzymałam tyle miesięcy u siebie w domu. Szczerze mówiąc byłam zaskoczona, że spotkał cię taki wypadek. Właściwie nieznany wypadek. – Czułam w jej głosie opanowanie. Coraz szybciej wypowiadała słowa. – Na początku nie martwiłam się I tylko słuchałam. Ale im więcej osób cię odwiedzało, tym bardziej w szkole panowała grobowa cisza. Wszyscy siedzieli jakby zszokowani, a gdy dowiedziałam się, że tak po prostu straciłaś całą pamięć I w ogóle nic nie mówisz , to mną wstrząsnęło. Zachowywałam się jak zombie. Widziałam cię na przerwach jak śmiejesz się w gronie swoich przyjaciół, jak płaczesz kiedy jest ci źle I wtedy jak jesteś po prostu normalna. Jednak wszystko usłyszałam. – Podeszła bliżej do mojego łóżka. – Nie odzywałaś się. Byłaś nieżywa. Ludzie wracali jeszcze bardziej przygnębieni niż wcześniej. Nie wiem co oni zobaczyli w szpitalu w którym się znajdowałaś. Byłam ciekawa, ale wciąż nie gotowa, żeby cię odwiedzić. Zaczęłam każdego wieczoru przeglądać twój zeszyt od matematyki. Spoglądałam na twoje pismo jakby było starożytnym, zdobytym skarbem ze świątyń w Egipcie. Z dnia na dzień po prostu… Czułam się dziwnie. To wszystko było dziwne. Ludzie wracali… I znów przychodzili. Wracali I przychodzili jak w jakimś kołowrotku. Twoi rodzice zaczęli zwalniać się częściej z pracy, żeby cię odwiedzić. Jednak ty pozostawałaś na wszystkich obojętna. Nadal leżałaś jak trup. W końcu zapadłaś w śpiączkę na trzy dni I wszystkim się wydawało, że umrzesz. Aż w końcu gdy się obudziłaś, odezwałaś się. Atmosfera w szkole zmieniła się. Wszystkim jakby ulżyło. Wiesz, że ludzie którzy I tak cię nie znali odwiedzali cię często? Wiesz, że przykułaś wszystkich uwagę? Byłaś ciekawym obiektem. – Usiadła na moim łóżku. Wpatrywałam się w nią. – Proszę. – Podała mi mój zeszyt od matematyki, a ja go wzięłam spokojnym gestem I otworzyłam. Zaczęłam kartkować go powoli. Dziewczyna nadal siedziała. Z ciekawości zajrzałam na sam koniec I zobaczyłam obrazki. Pięknie namalowane rysunki. Dotknęłam je dłonią, a gdy to zrobiłam poczułam jak przez moje ciało przepływa ciepło. Poczułam zapach Sama. Usłyszałam jego głos z oddali. W moich oczach stanęły łzy, ale opanowałam je. Nie chciałam płakać przy tej dziewczynie, nie wiedziałaby o co mi chodzi, albo wyniosłaby stąd złe wnioski. Zamknęłam zeszyt I odłożyłam go na stoliczek. Spojrzałam na nią.
Dziękuję. – Powiedziałam trochę zachrypniętym głosem. Po tych słowach zaczęłam kaszleć. Gwałtownie się podniosłam. Gdy się już opanowałam spojrzałam na dziewczynę, która patrzyła na mnie przerażonymi oczami. – Możesz mi powiedzieć, czy ktoś nie przyszedł do naszej klasy? – Spytałam się.
Wydawała się zdziwiona moim pytaniem. Odpowiedziała szybko:
Tak. Chłopak I dziewczyna. Są jakby takimi przyjaciółmi, ale wyglądają naprawdę komicznie. Chłopak ma na imię Aaron I już podbił serce pani od plastyki, a dziewczyna ma na imię Megan. Dziwne imię, co nie?
Które? – Zapytałam się. Zachciało mi się nagle porozmawiać z tą dziewczyną, na normalnie. Nie tak jak z innymi, którzy do mnie przychodzili.
Oczywiście Megan. Słyszałaś o takim? Bo ja nie… - Zauważyłam jak coraz bardziej się rozluźnia, a napięcie pomiędzy nami maleje.
Nie. Też pierwszy raz o nim słyszę. Opowiesz mi o nich? – Zapytałam. Byłam miła I jakby… spokojna. Chciałam żeby mi opowiedziała o tej parce. Chciałam żeby po prostu mi o wszystkim powiedziała. Widziałam w jej oczach coś innego. Była inna I mnie nie lubiła. Przyszła tu nie za plotkami, lecz z powodu ciężaru mojego dawnego zeszytu od matmy.
Dobra… uwierz mi, jak ich zobaczysz to wybuchniesz śmiechem. – I zaczęła paplać I rozmawiałam z nią zbyt długo jak na normalną wizytę. – Chłopak jest wysoki jak drzewo, a dziewczyna niziutka. Gdy przy nim stoi sięga mu gdzieś do pępka, a ja z resztą niewiele wyżej. Naprawdę ten koleś może robić za drzewo, które ostatnio wycieli na naszym osiedlu. I nie tylko to ich różni. On ubiera się na czarno, szaro, brązowo, a ona na jakieś fluroscencyje kolory. Różnią się od siebie wyglądem, wzrostem I charakterem. Często mają sprzeczki, ale jak jest już po nich wybuchają wielkim śmiechem. Są głośni I słychać Ich cały czas na korytarzu. W dodatku Aaron już podbija serca dziewczyn. Kilkanaście mu się oświadczyło, jednak on ciągle odmawiał. A im bardziej odmawiał tym więcej much się przy nim kręciło. A w nauce jest… beznadziejny. Naprawdę. Megan jest od niego mądrzejsza, a jest pzecież Otaku…
Kim? – Spytałam się, bo naprawdę nigdy nie spotkałam się z tą nazwą.
Otaku. Taki mega fan Japonii, mang I anime. To jej cytat jak się przedstawiała w klasie. Specjalnie przerwała lekcję, żeby to objaśnić. Oczywiście ma swoich wrogów wśród dziewczyn I chłopaków, ale jak widać nie przejmuje się tym. Jak ją zaczepiali to naklęła im tak, że wylądowała u dyrektora na dywaniku. Współczuję jej. Ale jest spoko. Lubię ją. Szczególnie podziwiam ∆ą za jej styl. Żeby tak wszystkie kolory dobrać to naprawdę trzeba być geniuszem. Za to Aaron mi się nie podoba. Jest dziwny. Zawsze mniej mówi I błądzi w chmurach. Jednak Megan wszystkich zapewniała, że to „najlepszy chłopak jakiego spotkać można na świecie“. Pewnie jak się go lepiej pozna to rzeczywiście tak jest…
I tak rozmawiałyśmy przez długi czas. Praktycznie ja słuchałam, a ona opowiadała. Dowiedziałam się jaka byłam I o dziewczynie z nocy I o chłopaku. Wiem, że jak przyjdę już do szkoły (co się stanie już niebawem) będą chcieli ze mną porozmawiać. Na początku w ogóle do mnie nie podejdą, po pewnym czasie w końcu się z nimi spotkam.
Jednak czas musi uleczyć mnie do końca. Dopiero wtedy będę mogła stawić czoła prawdzie, nawet tej okrutnej.
Gdyby nie soundtrack z anime Shiki, szybko by to nie powstało :) Już się w tym zakochałam!
Rozdział 13 - Sara Gryc
2012-01-31
13. Sara Gryc
- Ohhhooo… Paper Flowers… Oooooooooo… Paper Flowers,,, - obudził mnie głos Amy Lee (* mowa o piosence „Imgainary“ zespołu Evanescence z albumu „Fallen“). Wzięłam telefon do ręki I wyłączyłam budzik. „Pora wstawać. Musisz iść do tej durnej szkoły“, pomyślałam. Rozejrzałam się po moim małym pokoju. Jak zwykle panował w nim niewyobrażalny burdel. Wszystko było teraz niebieskie. Właściwie, nawet bez pomocy błękitnych żaluzji pokój przypominał morze. Dzięki niebieskim ścianom, laptopie, pościeli oraz fotela można by pomyśleć, że znajdujemy się w oceanie. Moje łóżko stało obok biurka, które stoi na przeciwko okna, a tak właściwie jest wciśnięte jeszcze pod parapet. Niestety żeby stało całkowicie pod parapetem musiałoby zniszczyć kaloryfer. Na przeciwko łóżka stoi fotel, jak już wspomniałam niebieski I jest dosłownie MIAŻDŻONY przez szafę, która też ledwo się mieści. Ma dwa skrzydła w tym duże lustro z IKIEI (najprawdopodobniej). Na całość jest rozstawiony dywan (niebieski), którego nie odkurzałam z jakieś dwa tygodnie, a zapracowani rodzice są zbyt zajęci, żeby zwrócić jakąkolwiek uwagę na dywan, a już na pewno nie na mnie. Siedziałam tak przez chwilę, po czym znów się położyłam I w tym samym momencie zadzwonił budzik po raz kolejny. Podskoczyłam, wzięłam ręce do góry I powiedziałam: - Już się poddaję! Podeszłam do szafy I otworzyłam ją. Pokój wciąż był skąpany w niebieskim I nie widziałam za bardzo kolorów swoich bluzek. Nie zapalałam światła, bo lubiłam kiedy mój pokój wyglądał tak ładnie I kojąco. Stałam przez chwilę ziewając w krótkich spodenkach od piżamy I bluzki na ramionczka. Było lato I było gorąco – nawet nie musiałam oglądać pogody, żeby to wiedzieć. Wygrzebałam jakąś pierwszą-lepszą bluzkę, wzięłam krótkie dżinsowe spodenki, bieliznę I poszłam do łazienki. Na początku się umyłam, potem wyszorowałam zęby, uczesałam się, a na koniec ubrałam. Jeszcze raz sprawdziłam, czy z moją twarzą wszystko jest OK, po czym poszłam do naszej małej kuchni. Po drodze rozmyślałam, czy przypadkiem nie ma dzisiaj żadnych sprawdzianów, kartkówek lub odpytywania. Przypomniałam sobie wszystkie formułki I biologię (bo z tego przedmiotu, facet najwięcej nam zadaje), po czym z uśmiechem na ustach weszłam do kuchni, witając moją rodzinkę, okrzykiem: - Ja chcieć zapiekanki! Takie z serem I szynką. O! I do tego herbatę. Albo kawę. Albo herbatę. - To co w końcu? – spytała się mama. - Hmmmm… Kacpra! – Pogilgotałam małego, 3-letniego braciszka po brzuchu. – Jaki z ciebie przystojniak, młody! Na pewno będziesz super modelem w przyszłości! - Tak, tak. To co w końcu chcesz? - Herbatę. Nie będę zatruwać organizmu. - Spojrzałam na moją mamę, a raczej osobę która mnie adoptowała. To nie była moja prawdziwa rodzina I o tym wiedziałam. Zanim tu trafiłam, mieszkałam w sierocińcu. Podobno ktoś mnie znalazł w lesie w burzę. Na początku się wystraszył, bo wydawałam nieludzkie dźwięki, ale potem zaprowadził mnie do sierocińca. Gdy się spytali jak mam na imię, powiedziałam „Sara“. Gdy zapytali o nazwisko, powiedziałam że nie wiem. Tak naprawdę nie pamiętałam nic ze swojej przeszłości. Nic, a nic. I to mnie przerażało. W końcu to nie jest normalne, że człowiek ot tak, zapomina o całym swoim dotychczasowym bycie! „Nazywam się Sara Gryc, mieszkam w Warszawie. Jestem adoptowaną córką pani Adrianny Gryc I Mariusza Gryc. Mam brata o imieniu Kacper. Nie wiem nic o swojej przeszłości. Gdy znaleziono mnie w burzę w lesie, pamiętałam jedynie swoje imię. Zaopiekował się mną sierociniec. Jestem wdzięczna swoim przyszywanym rodzicom o to, że o mnie zadbali“. Mniej więcej tak wyglądało moje wypracowanie o swojej rodzinie. O sobie. O tym kim jesteśmy. Moja mama miała 36 lat, a tata 35. bardzo się cieszę, że oni są moimi rodzicami. Staram się im nie sprawiać kłopotów, żeby się mną nie przejmowali. Utrzymuję jak najlepsze wyniki w nauce, żeby potem dostać się na porządne studia (zamierzam iść do Oxford’u albo Harward‘u). Nie wiem kim chcę być w przeszłości, ale wystarczy mi jakaś praca w biurowcu. Nie jestem w nikim zakochana, ale mam swoje koleżanki I kolegów, którzy mnie wspierają I mnie lubią. Jestem sympatyczna, obowiązkowa I bałaganiara ze mnie. Kocham rysunek I rzeźbę, więc regularnie chodzę na zajęcia pozaszkolne. I taka jestem. - O mój Boże! Sara, leć bo się spóźnisz! – Wygoniła mnie mama z kuchni. Wybiegłam z domu z zapiekanką w buzi I zawiązują swoje fioletowe trampki. Pomimo upału nie miałam serca, żeby ich nie nosić. Poleciałam na przystanek I w ostatniej chwili wpadłam do autobusu. Babka która sprzedawała bilety, zawsze się guzdrze, aż mi nerwy pękają. Usiadłam na pierwszym-lepszym miejscu I głęboko westchnęłam. Już o siódmej rano było gorąco, a co będzie po południu? Na szczęście w autobusie był włączony klimatyzator. Albo I nie na szczęście, ponieważ szybka zmiana temperatury, może doprowadzić do przeziębienia. A ja nie chcę się rozchorować pod koniec roku szkolnego. Wyjęłam swojego iPoda I włączyłam sobie „Impossible“ Manafest’a. Ruszałam lekko ustami, gdy wokalista śpiewał. W domu zazwyczaj jak nikogo nie było w domu śpiewałam sobie do szczotki, a nawet tańczyłam z nią tango. A potem śmiałam się z samej siebie, myśląc „przecież to nie jest film. Nie przejdziesz z jednej sceny na drugą. Musisz poczekać z jakąś godzinę, czy dwie zanim zdarzy się coś ciekawego“. Ktoś szturchnął mnie w ramię. Spojrzałam na wysoką dziewczynę, jasną brunetkę o czarnych oczach. Ściszyłam muzykę I usłyszałam jak pyta się „mogę?“ wskazując na siedzenie obok mnie. Pokiwałam entuzjastycznie głową. Następnie przypomniałam sobie jak owa dziewczyna się nazywa. Chciałam się o coś zapytać, ale ona mnie wyprzedziła: - Sara, tak? - Tak, tak. Gosia? - Yhym. Już się nie mogę czekać wakacji. - Mi to jakoś obojętnie. - No oczywiście, że ci obojętne, bo to nie ty masz dwóję z matmy na koniec. Mi starzy zrobili kłótnię. Muszę się teraz ze wszystkiego powyciągać. A tak przy okazji dasz spisać matmę? - Jasne. – wyciągnęłam zeszyt I jej wręczyłam. Nie obchodziło mnie co z nim zrobi. Może nawet go podrzeć I wyrzucić do śmieci. Wszystkie wyniki znałam na pamięć. I działania. Z resztą nawet gdyby pani się dowiedziała, że ode mnie przepisywała to bym dała jakieś kłamstwo. Co jak co, ale ja kłamać potrafię. - Dzięki. – I mój zeszyt zniknął w jej plecaku. Przez całą drogę siedziałyśmy cicho. Potem wyszłyśmy. Szkoła nie należała do najpiękniejszych. Była obdarta, a ogrodzenie… właściwie można by powiedzieć, że go wcale nie było. Jedynie szczątki masywnego muru przetrwały. Wokół szkoły widać piasek, trawy prawie nie było. Gimnazjum miało tylko I wyłącznie parter. Nie było drugiego piętra. Jeżeli chodzi o salę gimnastyczną, to jej nie było. W zimę ćwiczyliśmy na korytarzu albo w klasach. Nikomu to nie przeszkadzało, a wręcz było zabawnie. Pomimo takich warunków, trzeba było się uczyć I zdobywać dobre wyniki. Gdy przychodziły testy jeździliśmy do innych szkół. Tak właściwie nic nie było w tej szkole, porządnie zrobionego. Trawy nie było, tak samo jak ładnej pogody w Anglii. I wtedy przypomniało mi się, jak powiedziałam nauczycielce, że nie będę uczuć się o Anglii bo jej nie lubię. Jest wkurzająca, a jak coś jest wkurzające, to się tego nie uczę. Najprawdopodobniej nigdy nic mi się nie przyda wiedza o kontynentach, których I tak nie odwiedzę. Mam zamiar całe życie spędzić w Polsce, nie mając nic do roboty. Mieszkać sobie samotnie w domku I robić na drutach, kiedy będę stara. Życie było mi obojętne. Nie obchodziło mnie nawet jak wygląda sytuacja polityczna w kraju, a w drugiej klasie gimnazjum powinnam to wiedzieć. Powinnam też się interesować chłopcami, chodzić na randki I kupować sobie prześliczne, słodkie bluzki. Jakaś część mnie chciała to robić, ale nie mogłam się zdobyć na wejście do sklepu. Nienawidziłam tego jak ludzie się na mnie patrzą. Jak odwracają szybko wyrok, kiedy na nich spoglądam. Kiedyś ktoś mi powiedział, że wyglądam jak jakiś Survit? Survast? O! mam! Survest! Spytałam się go kto to jest, a on mi zaczął tłumaczyć o jakiś rodach, gwiazdach I spotkaniach. Przestałam go słuchać po trzydziestu sekundach. Nie obchodziło mnie kogo przypominam, ja po prostu nienawidziłam jak ktoś mi się przygląda. Wtedy z grzecznej Sary, zamieniałam się w tą wściekłą. Nie chodzę na zakupy z powodu moich oczu. Nie umawiam się z nikim z powodu moich oczu. Nienawidzę ich, odbierają mi połowę mojego życia. Są przeraźliwie niebieskie. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś miał tak jasne oczy. Wyglądają, jakby jeszcze świeciły. Gdy gdzieś wychodzę, opuszczam trochę powieki I patrzę w ziemię. W dodatku nie wygląda to dziwnie, o jeszcze maluję sobie „worki“. Wyglądam jakbym była nieprzytomna. Na świat patrzę przez okno mojego pokoju oraz zza okien szkoły. Jestem rozrywkowa, ale też mam czasami wielką ochotę na samotność. Nie wiem dlaczego. Jakbym miała drugą połowę. Ona jest dziwna. Nie lubię nią być, wolę się cieszyć niż smucić się przez pół dnia. Tak, więc cały dzień spędziłam patrząc się przez okno I nie słuchając na lekcji. Wszystko było takie nudne. Pospolite. Chciałam czegoś więcej, ale jednocześnie żeby nie było mnie widać, że robię coś niezwykłego. Ziewnęłam na ostatniej lekcji – matematyki. Piątek – ostatnia lekcja – matematyka. Widziałam zniecierpliwione twarze nastolatków, wyczekujących dzwonka, który miał ich wybawić. Pozostało 15 minut do dzwonka, kiedy mój wzrok przykłuła ciekawa para opierająca się o blok na przeciwko szkoły. Gimnazjum było otoczone blokami pięcio-cztero piętrowymi. Tak więc stała tam dziewczyna, najprawdopodobniej mniejsza o 5 cm od mojego wzrostu I chłopak, który mógł mieć co najmniej 180 centymetrów wzrostu. Ja sama miałam jakieś 169/170 centymetrów. Byłam jedną z najwyższych dziewczyn w szkole. Jednak byłam ładnie zbudowana, a nie jak większość – nogi za długie, tułów za krótki. Patrzyłam na nich co robią. Dziewczyna trzymała wielkiego, pluszowego misia, a chłopak palił papierosy. Miał z jakieś 19 lat, a dziewczyna była w moim wieku. Facet miał czarne włosy, które sterczały w każdą stronę, ładny zarys szczęki, dobrze zbudowany I pewnie silny – idealny model I chłopak. Dziewczyna miała włosy podchodzące pod jaskrawą czerwień, ale były pomarańczowe. Była drobnie zbudowana I miała żółte oczy. Była ubrana w jaskrawą, różową bluzkę – luźną, która pewnie bez problemu przepuszcza powietrze. Na jej ręce wisiało z jakieś piętnaście bransoletek. Miała krótkie spodenki I żółte, lekkie rajstopy pod spodem. Nosiła pomarańczowe trampki. W tej wyjątkowo ponurej dzielnicy, można by pomyśleć, że wygląda wyjątkowo kolorowo. Sama była obrzucona jakimiś dodatkami, np. Brązowa, mini torebka obłożona kolorowymi koralikami, przy spodniach srebrny łańcuch, a w uszach duże, kolorowe kolczyki, żółty naszyjnik na szyi I pomarańczowy błyszczyk. Oczy miała podkreślone czarnym makijażem. A jak wyglądał chłopak? Pasował tutaj idealnie. Długie spodnie, czarne adidasy I czarny sweterek założony na szarą bluzkę. Razem wyglądali komicznie. Nie dość, że duża różnica wzrostu to jeszcze ten ubiór. Zapomniałam wspomnieć, że chłopak ma zielone, piękne oczy. Patrzyłam się na nich przez te piętnaście minut. Rozmawiali. Czasami śmieli się z jakiegoś żartu, ale widziałam jak nerwowo I szybko zerkają w stronę szkoły. W końcu, gdy zadzwonił dzwonek spojrzeli odważnie w moim kierunku, a przynajmniej tak mi się zdaje. Dziewczyna uśmiechnęła się chytrze, a chłopak spojrzał mi głęboko w oczy. Przejechał autobus I zasłonił mi ich. A gdy znów pokazał mi tamą ścianę ich już tam nie było.
***
Spakowałam szybko rzeczy I szybkim krokiem wypadłam z klasy. Wciąż nie mogłam wyjść z szoku. O Okazało się, że spałam na lekcji. Obudził mnie nauczyciel po lekcji. To mogło być snem? Przeważnie nie śnimy o jakiś obcych ludziach. I to w dodatku o TAKIM kontraście! To miała być abstrakcja! Phi! Przeklnęłam, kiedy potknęłam się o czyiś plecak. Na szczęście odzyskałam równowagę I ruszyłam przed siebie. Dzięki mozolnemu nauczycielowi nie zdążyłam na autobus do domu I teraz musiałam wracać na piechotę. Byłam zdenerwowana. Wychodząc ze szkoły, skierowałam się w kierunku miejsca, gdzie stała ta para. Szukałam jakiegoś znaku, np. Zgubiony koraliczek, albo wyrzucony papieros. Niestety nic nie znalazłam I zrezygnowana z zawiedzioną miną, ruszyłam w kierunku domu. spodziewałam się, że nic nie zastanę. Wyjęłam iPod’a, włożyłam sobie słuchawki do uszu I włączając utwór Miyavi’ego „What’s my name?“, ruszyłam powoli, mając nadzieję, że przesłucham cały album aż do powrotu do domu. Zastanawiałam się co to było. Jestem pewna, że to nie sen. Dziewczyna była zbyt realna, jak na wytwór mojej słabej wyobraźni. Mam słabą fantazję I prędzej zrobię opowiadanie o rozdziale z książki, niż maiłabym wymyślić własne. Podziwiałam ludzi, którzy pisali książki. Nie nienawidziłam ich, po prostu były mi obojętne. Sytuacja, która pojawiła się przed chwilą też była dziwna. Rodem z książki. „Tajemniczy nastolatkowie, przypatrują się Sarze, która gapi się na nich jak głupia“. Prychnęłam. Nawet zdania nie potrafiłam ułożyć. Właściwie, dlaczego żyję? Po co? – te pytania pojawiły się jakby znikąd. Były dobre. Mądry człowiek powiedziałby, żeby po prostu żyć. Jednak ja byłam ciekawa, po co? człowiek jest głupi – to jest potwierdzone. „Ciekawość jest pierwszym krokiem do pójścia w sam środek piekła“. Nie wiem skąd wzięłam ten cytat, słowa, ale wzięłam je sobie do serca. Przestałam rozmyślać nad parą I skupiłam się na pisoence „Garvity“, która była dziwna, ale przyjemna. Gdy doszłam już do domu, przesłuchałam cały album i wiedziałam, że rzadną z tych piosenek nie podoba mi się. Podobała mi się całość. Nie wskażę, którą lubię, bo lubię wszystkie. Westchnęłam ciężko, gdy już zamknęłam drzwi. Usiadłam pod drzwiami i dotknęłam głowy. Przez całą drogę dziwnie się czułam. Moja głowa jakby „spuchnęła“, a teraz zaczynał się ból. Poszłam do kuchni i wzięłam ściereczkę. „Świetnie. Rozchorować się pod koniec wakacji!“, pomyślałam. Zmoczyłam ścirkę i poszłam do mojego pokoju. Tylko dziękować, że nie był urządzony na różowo i był cały niebieski. I znów przypomniałam sobie o tej dziewczynie i tym chłopaku. Czy od tej pory wszystko będzie mi się z nimi kojarzyć? Padłam nałóżko i patrzyłam na swoją szafę. W lustrze odbijały się tylko moje nogi. Zaczęłam nimi ruszać i się roześmiałam po cichu. Nikogo nie było w domu, ale cicsza jaka panowała, była wręcz przerażająca. Odwróciłam się i spojrzałam na ścianę i misie przy niej. Kochałam misie. Przytuliłam jednego z nich – tego największego – i od razu przypomniałam sobie o misiu, którego trzymała dziewczyna. Natychmiast wypuściłam go z rąk. Ból głowy się zwiększał i marzyłam tylko o tym, żeby zasnąć. Byłam zmęczona, ale nawet nie wiem czym. Moje oczy powoli zamykały się. „Znowu sen?”, pomyślałam. Ta myśl była mi znajoma, jakby z bardzo dawna…
***
Było bardzo ciemno. Znajdowałam się, jakby w wielkiej czarnej przestrzeni. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie jestem i czy w ogóle znam to miejsce. Przeważnie jak ktoś znajduje się w takim miejscu to się nie zastanawia, czy w nim był czy nie, a raczej panikuje. Jednak to nie było realne. To był tylko sen – nic wielkiego i strasznego. Jak dla mnie najbardziej odprężająca rzecz na świecie. Jakby była tylko herbatka i ciasteczka, mogłabym już się nigdy nie obudzić. Usiadłam na tej pustce i rozglądałam się dookoła. Nie wiem ile tam siedziałam. Co jakiś czas czułam jakieś ukłucia, albo ból to w plecach lub w brzuchu, a potem się obudziłam. Z wrzaskiem.
***
Poderwałam się gwałtownie. W pokoju było ciemno. Drżącą ręką, zapaliłam mała lampkę przy łóżku. Wzięłam do ręki swój telefon i sprawdziłam godzinę. 2:24 w nocy. „Sobota?”, zapytałam siebie samą. Wyskoczyłam z łóżka i wyszłam pokoju. Sprawdziłam, czy rodzice wrócili i czy Kacper został odebrany z przedszkola. Nie. Nikogo nie było. Zapaliłam wszędzie światła. Zauważyłam, że kilka rzeczy było poprzestawianych. Na przykład: książki na półce w dużym pokoju były niechlujnie położone, ale byłam pewna, że ich tak nie zostawiłam. To samo z wysuniętymi szufladami. Złapałam się za głowę i usiadłam przy ścianie. „Ktoś tu był”, myślałam nerwowo. Brałam kilka głębokich oddechów i sprawdziłam, czy aby na pewno jak wróciłam, zamknęłam drzwi. Zamknięte. Posprawdzałam okna. Wszystko nienaruszone. Nie wiedziałam jak by mógł ktoś się tu dostać. I wpadłam na pomysł, że mógł już tu być jak wróciłam. - Mój Boże… - wyszeptałam i zaczęłam płakać. Zastanawiałam się gdzie są rodzice i Kacper. Przypomniałam sobie, że nie sprawdziłam łazienki. Wzięłam nóż z kuchni i skierowałam się w jej stronę. Moje serce biło jak szalone. Zapaliłam światło i otworzyłam drzwi. Siedzieli tam. Ona i on. I się uśmiechali. Chłopak wciągnął mnie do łazienki i… … uderzył moją głowę o wannę. Coś chrupnęło i poleciała krew. A ja umarła.
Dworzec
2012-01-26
Nie wiem co się ze mną dzieje, ale miłego czytania opowiadania "Dworzec". Przepraszam za błędy.
Dworzec Stałem na dworcu i czekałem na pociąg. Spóźniał się już jakieś pięć minut. „Nie zdążę, po prostu nie wyrobię się. Kaśka mnie zabije”, myślałem. Rozglądałem się nerwowo w nadziei, że pociąg nagle zjawi się w magiczny sposób na dworcu. Co chwila patrzyłem na zegarek, przechodziłem z jednego miejsca w drugie. Poczułem czyjeś spojrzenie na plecach. Odwróciłem się i spojrzałem w oczy jakiejś kobiecie, po trzydziestce, ubranej jak bizneswoman. I może nią była, ale teraz dla mnie było ważniejsze spotkanie niż to, że moim chodzeniem przyprawiam ją o ból głowy. Dworzec nie miał w sobie niczego szczególnego. Ot, zwykły przystanek dla pociągów w małym mieście, podobnym do wsi. Ciągle się zastanawiam co skłoniło mnie do tego by tu zamieszkać. Mam daleko do Warszawy, a moja córka nie pójdzie do odpowiedniego liceum, bo mieszkamy na zadupiu! W dodatku przez pół swojego życia, ciągle gdzieś się spieszyłem, więc nikt o zdrowych zmysłach i znajomości swojej sytuacji, by nie pojechał do ostatniego miasta na ziemi. Krok do przodu. Nerwowe spojrzenie na zegarek. Spojrzałem na już całkiem błękitne niebo. Lato i upal nie sprzyjały, nerwowym ludziom takim jak ja. Zacząłem tupać nogą i rozglądać się po twarzach ludzi. Starzy, młodzi, a nawet dzieci stali spokojnie i pewnie w głowie im było co dzisiaj zjedzą na obiad. „Pewnie znowu jakaś ryba”, pomyślałem i się roześmiałem. Oczywiście ta myśl dotyczyła mnie. Zielone drzewa stały nieruchomo, a rośliny wystawiały głowy do słońca z pomiędzy szyn kolejowych. Spojrzałem w stronę wejścia do dworca. Normalnych rozmiarów dach, skrywał pod sobą ludzi, którzy nie chcieli by słońce ich dosięgneło. Moją uwagę przyciągnęła dziewczyna. Jako jedyna stała w ciemnej, szarej bluzie z kapturem naciągniętym na głowę. Patrzyła się w ziemię i na coś czekała, jednak na pewno nie na pociąg. Schowała ręce w kieszeni bluzy i opierała się o ścianę dworca. Miała na sobie rurki i czarne trampki. Zauważyłem również słuchawki. Słuchała muzyki. Gapiłem się tak na nią minutę, po czym usłyszałem chrząknięcie. Odwróciłem się i spojrzałem na bizneswoman. „Nie jestem zboczeńcem!”, już chciałem jej to powiedzieć gdy poczułem najpierw drżenie po stopami, a potem usłyszałem jadący pociąg, a następnie jego we własnej osobie. Spojrzałem na zegarek. Nie ma szans żebym zdążył, więc powoli wsiadłem i usiadłem na miękkim siedzeniu. Zamknąłem oczy i głośno westchnąłem. Wyciągnąłem papiery, które miałem dzisiaj przedstawić na spotkaniu. Przestudiowałem je jeszcze raz po czym schowałem je do swojej teczki. Następnie zacząłem szperać w torbie w poszukiwaniu telefonu. Zauważyłem, że wszyscy są cicho. Jak wsiadałem widziałem jak mnóstwo ludzi rozmawia, a w moim przedziale na pewno nie było tylko mnie. Odłożyłem torbę i powoli spojrzałem w osobę siedzącą naprzeciwko mnie. Spojrzałem na dziewczynę, którą widziałem na dworcu i na pistolet, który był wymierzony w moją stronę. Uniosłem ręce w geście „poddaję się”. Patrzyła na mnie nienawistnym wzrokiem. Miała brązowe oczy, a jej włosy miały podobny kolor. Były kręcone i się gały jej do brzucha. Zdjęła kaptur. Wszyscy przyglądali się tej scenie. - Coś na usprawiedliwienie? – zapytała. - O co ci chodzi, dziewczyno?! Nie znam cię! – powiedziałem. - A tak właściwie o nic. Mam ochotę cię zabić i sama nie wiem dlaczego. Jest w tobie coś takiego co mnie wkurza. A że ostatnio mam zrypaną psychikę, bo sobie nie radzę w życiu , postanowiłam cię zabić. Nie obchodzi mnie co się stanie później. Po prostu chce się na kimś wyżyć. Wiesz, że nie powinieneś się tak spieszyć? - Niby dlaczego? - Spieszysz się do pracy. – „pracy” wymówiła z nienawiścią i jadem. – Moja mama też chodzi do pracy. Mam szesnaście lat, wiesz? Ona pracuje w policji i nigdy nie miała dla mnie czasu. Nie mam ojca, zostawił nas kiedy miałam sześć lat. Zajmowałam się sama sobą. Ty msz RODZINĘ i zamiast chodzić do PRACY powinieneś się nią OPIEKOWAĆ. - Dobrze, będę się nią opiekować. A teraz już opuść ten pistolet. - Nie. Nie wrócisz dzisiaj do domu. Nie zdążysz nawet do pracy. Twój czas minął. Rozległ się huk, a po nim przypomniałem sobie ile czasu poświęcałem swojej rodzinie. Wszyscy spanikowali, a dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu. Dopiero gdy wydawałem ostatnie tchnienie, zauważyłem że gdy rozmawialiśmy czas się zatrzymał. - Żegnaj. – usłyszałem jej głos. – I witaj.
Rozdział 12 - Flos
2012-01-26
Rozdział 12-sty ukazał się! Przyznam, że jak pod koniec go pisałam robiło mi się trochę niedobrze. Przepraszam za błędy :)
(*) - notka ode mnie w środku tekstu, jakaś podpowiedź.
12. Kwiat
Widok jaki mi się ukazał był niesamowity I przerażający. To było straszne I pocieszające. „Nie jestem jedyna“, pomyślałam. Stałam na skraju kręgu, który był cały pokryty śniegiem. Właściwie to wszystko było pokryte białym puchem, który wyglądał jakby miał zaraz spaść wszystkim na głowę. Gdy spojrzałam w górę, zakręciło mi się w głowie, gdyż sosny wydawały mi się tak wysokie I dostojne, że wyobraziłam sobie jak na nią wchodzę, a następnie spadam. Spojrzałam na środek śnieżnego kręgu. Rosła tam mała roślinka, która dzięki świetle księżyca, który tworzył magiczną atmosferę, wydawała się jakby lśniła. W powietrzu pojawiły się małe, białe światełka, a potem zorientowałam się, że to Ļlatki śniegu. Spojrzałam na swoje ubranie. Byłam ubrana w zwiebną, prawie przeźroczystą suknię na ramionczka, z pięknym haftem na samym dole. Cała była biała. Moje czarne włosy spływały po plecach, a moja skóra była biała. Wystawiłam rękę I złapałam jeden z płatków śniegu. Następnie przysunęłam go do twarzy I zobaczyłam, że nie topnieje. Upuściłam go na białe podłoże, gdzie zniknął pośród swoich braci. Rozejrzałam się swoimi niebieskimi oczami, po ludziach którzy stali przy kręgu. Wszyscy byli bladzi. Wszyscy byli podobni do mnie. Czarne włosy, niebieskie oczy, blada cera… jedni byli mężczyznami, drudzy kobietami. Wszystkich było 24. ubrani również w te długie suknie, tylko że mężczyźni nie mieli jej tak opiętej w pasie. Moją uwagę zwróciło kilka osób. Tylko dwie osoby nie były podobne do mnie. Była nią kobieta z białymi włosami I mężczyzna z blond włosami. Pomyślałam, że nadawali by się na idealną parę. Kobieta stała po mojej prawej stronie, a mężczyzna po lewej, za czterema ludźmi. Trzecią osobą która mnie przyciągnęła, był chłopak który wyglądał na czternaście lat. Miał spuszczony wzrok, a jego włosy były długie I jakby powystrzelane na wszystkie strony. Nie takie jak u faceta spotkanego w lesie. Te były dłuższe. Przeniosłam wzrok na osobę, która stała obok niego. Był podobny do tego czternastolatka, jednak był wyższy I sprawiał wrażenie jego starszego brata. Wydawało mi się, że ma osiemnaście lat. Spojrzałam na osobę stojącą przede mną. Była nią dziewczyna. Jednak ona nie wglądała jak ja. Ona była MNĄ. Różniła się chyba, tylko fryzurą. Jednak oczy, usta, nos I ciało… czułam się jakby ktoś mnie okradł. Nawet spojrzenie, które wszystkich bacznie obserwowało… Odwróciłam od niej wzrok I spojrzałam znów na czternastolatka. Wciąż patrzył się w ziemię. Gdy w końcu poczuł na sobie mój wzrok, podniósł oczy ku mnie I nasze spojrzenia się spotkały. Nigdy nie pomyślałabym, że ktoś z tu obecnych może się zarumienić, jednak ten chłopak tego dokonał. Zrobił się cały czerwony na twarzy I zachwiał się. Upadł I zamiast przejmować się tym, że wszyscy zwrócili na niego uwagę oraz że jego brat nim szturcha I mówi przyciszonym głosem, żeby wstawał, patrzył na mnie. Pomyślałam sobie, „chyba go zahipnotyzowałam“. Jednak po dłuższej chwili oderwał się ode mnie I spojrzał na swojego brata, który patrzył na niego gniewnie. Odwróciłam się od nich, czując na sobie czyimś wzrok. Do tej pory nikt się na mnie nie patrzył. Mój instynkt podpowiedział, że to „JA“ się na mnie patrzyła. Nazwijmy ją „ona“. Ona się na mnie patrzyła. Uśmiechnęłam się pod nosem I spojrzałam w niej stronę. Ona też się uśmiechała. Tylko, że jej uśmiech szydził ze mnie. Zwężyłam oczy I stanęłam prosto I dumnie. Z resztą nie tylko ja tak stałam, wile było osób, które w ogóle nie zwracały uwagi na sytuację. Jeszcze raz rzuciłam czternastolatkowi spojrzenie. Stał zarumieniony. Uznałam, że z rumieńcem mu do twarzy I że jest słodki. Staliśmy tak 15 minut, po czym zawiał silny wiatr, przez który musiałam zasłonić oczy ręką, ponieważ śnieg zaczął sypać wszystkim w twarz. Nigdy sobie nie wyobrażałam tak zimnego I jednocześnie lekkiego puchu. Gdy się uspokoiło, opuściłam rękę I spojrzałam w środek kręgu na kwiat. Na początku nie zauważyłam, że coś się zmieniło. Widziałam tylko, jak powietrze wokół kwiatu dziwnie faluje, jakby w tamtym miejscu było gorąco. Jednak śnieg się nie topił. Przyjrzałam się bliżej I zobaczyłam dwa… energie? Światła? Nie wiem, co to mogłoby być. Jedno było białe, a drugie czarne. Białe oślepiało moje oczy, a czarne łagodziło jego blask. Kręciły się bardzo szybko, że roślina zaczęła się ruszać, pod napływem powietrza. W następnym momencie dwa światła (?) zasłaniały widok kwiatu I widziałam tylko biało-czarne plamki. Następnie nastąpił głośny huk I odruchowo, zasłoniłam oczy I upadłam na ziemię. I nie ja jedna tak zrobiłam. Wszyscy leżeliśmy na ziemi. Przez chwilę nie mogłam wstać – huk był tak głośny, że prawie mnie ogłuszył! Spojrzałam na środek kręgu. Stały tam dwie postacie, odwrócone do siebie plecami, z wyciągniętymi dłońmi, złożonymi w kształt miseczki, a w środku tej formy leżała jakaś substancja, ciecz. Łokcie były przy ciele. Zauważyłam że to kobiety. Jedna miała czarną substancję I była ubrana w czarną suknię, która zakrywała jej nogi oraz pelerynę, a na głowę zaciągnięty od niej kaptur. Tak samo była ubrana druga kobieta, tylko jej strój był biały. Ich oczy były schowane w cieniu kaptura, jednak nos I usta widziałam doskonale. Zauważyłam również, że „czarna“ kobieta jest wyższa od „białej“, a „biała“ ma więcej kształtów. Jednak te różnice były niemal nie dostrzegalne dla zwykłego ludzkiego oka. Miały inne twarze – „czarna“ miała bardzo blady odcień skóry“, a „biała“ ciemniejszy. Kobieta w białej sukni miała zgrabniejszy nos, od tej w czerni. Oderwałam od nich wzrok I przebiegłam wzrokiem po otaczających mnie ludziach. Prawie każdy nie mógł od nich oderwać oczu. Patrzyli na nie z zachwytem. Blondynka I blondyn nie zwracali na nie praktycznie uwagi, ale przypatrywali się czemuś bardziej ciekawemu. Podążyłam za ich wzrokiem I nie mogłam wyjść ze zdumienia. Na tym miękkim śniegu leżał czternastolatek. Miał otwartą buzię, jakby krzyczał. W jego oczach widać było przerażenie, miał je bardzo szeroko otwarte. Trzymał ręce na uszach I wił się w bólu. Stojący przy nim, jego starszy brat próbował uspokoić brata. Przerażenie. Strach. Ból. Oblizałam usta. To było kojące I podniecające. „Biedny chłopak…“, pomyślałam. Wyciągnęłam rękę I już chciałam zrobić krok w jego kierunku, kiedy usłyszałam syk. W jednej chwili, wszyscy znieruchomieli. Nawet słodki Romeo (* tak nazywa Sara owego czternastolatka) przestał wić się w śniegu I tylko patrzył przerażony. Stracił słuch, ale wcześniej najprawdopodobniej nie mógł mówić. Biedaczek.. spojrzał w kierunku postaci, która syknęła. Była to kobieta w czerni. Widziałam jej oczy. Były były czerwone z czarnymi źrenicami. Kształt oczu kota w w dzień. Wzdrygnęłam się I wróciłam na swoje miejsce. Wtedy zauważyłam, że czegoś brakuje w otoczeniu. Podczas gdy większość z nas patrzyła się na postać w czerni, reszta zniknęła razem z kobietą w bieli. Dwanaście. Tyle zniknęło. Zauważyłam, że blondyna I blondynki też nie ma. Moja bliźniaczka została, tak samo jak bracia. Postać w czerni odwróciła się, jednocześnie wypuszczając ze swoich rąk czarną substancję. Jej ręce teraz opadły I wisiały swobodnie. Spojrzała każdemu w oczy. Gdy skończyła podeszła do mojej bliźniczki I pocałowała ją w w brodę, następnie nos, a na końcu czoło. Następnie podały sobie dłonie I dziewczyna zniknęła. Podchodziła tak do każdego. Słodki Romeo już się pobierał I stał, patrząc cały czas w ziemię. Gdy do niego podeszła, musiała się pochylić, ponieważ na oko, czternastolatek miał jakieś 160 centymetrów wzrostu. Skąd poznałam, że ma czternaście lat? Po oczach. Pamiętaj, że z nich najwięcej się dowiesz. Słodki Romeo się zarumienił, a potem ze zdumieniem odkrył, po przeprowadzeniu „rytuału“, że słyszy. Ostatnią osobą byłam ja. Kobieta do mnie podeszła I zajrzała mi głęboko w oczy. Na chwilę moje serce się zatrzymało, a jak z powrotem zaczęło bić, ciężko dyszałam. Kobieta pocałowała mnie w brodę, nos, a następnie czoło I powiedziała: - Miło znów Tobie służyć. Następnie rozpłynęłam się w powietrzu.
***
Obudziłam się w jakimś ciemnym miejscu. Leżałam. Pod pupą poczułam ziemię o mnóstwo patyków. Wokół panował mrok, rozświetlany jakąś niebieską poświatą. Widziałam kontury drzew, ale że światło było przyćmione myślałam, że to jakieś potwory. Uśmiechnęłam się, ale natychmiast ten uśmieszek zszedł mi z twarzy. Spojrzałam na swoje ubranie. Byłam w tej sukni, co na polanie (* chodzi o krąg, ale dziwnie się czuję pisząc „krąg“, ponieważ jestem świeżo po przeczytaniu „Kuszonej“ I to dziwnie brzmi ), tylko że teraz była brudna. Nagle poczułam jak coś chodzi mi po plecach. Myślałam, że to pająki. Odruchowo ich dotknęłam, jednak nic nie poczułam. Trzymałam ręce wciąż na nich I znów to poczułam. Nic nie chodziło po mojej skórze! To coś W moich plecach się poruszało! Było ciepłe I rozgrzane. Znowu się poruszało, tylko tym razem szarpnęło mną I wygięłam się. Można powiedzieć, że robiłam „mostek“, tylko z tą różnicą że siedziałam na kolanach. Spojrzałam na niebo. Czarne. Głęboka czerń. Zero gwiazd, zero chmur. Wstrząsnął mną dreszcz I zwymiotowałam. Znów coś poruszyło się w moich plecach. Chrupnęło. Usłyszałam swój wrzask. „Krzyż albo żebro“, pomyślałam. Złamane. Powstrzymałam się od dalszych wymiotów. Znów wrzask, kolejne złamanie. Zaczęła swędzieć mnie skóra na rękach, brzuchu, kręgosłupie I ogólnie wszędzie. Zaczęłam się drapać, aż rozdrapałam się do krwi. W tamtym momencie kolejny wrzask, kolejne złamanie. I tak w kółko. Następnie zaczęłam się wić, jak wąż. Wyginałam ręce w nienaturalne pozy, wyciągałam je do czarnego nieba. Po oczach spływały łzy. Czarne. Z mojego ubrania nic nie zostało. Rozdrapałam wargi, a z brzucha ciekła mi krew. Czarna. Znów poruszenie w plecach, a następnie… napięta skóra. Czułam, że coś stamtąd chce się wydostać. Zaczęłam wbijać palce w ziemię, kopać. Tym razem wrzeszczałam, aż mój głos zamienił się w chrypę I dostałam histerii. Wymawiałam niezrozumiałe słowa, a coś przebijało się przez moje plecy. Krzyczałam „pomocy! Pomocy!“. Wygięłam nienaturalnie kręgosłup. Wrzasnęłam. Znowu poruszenie I coś wylazło z pleców. Widziałam mnóstwo krwi, własnej krwi. Dotknęłam drżącą ręką pleców I to co z nich wystawało. Poczułam jakby kość I jakieś pióra, czy futro. Wiem, że było miękkie. Dotknęłam niżej. Miałam rozcięte plecy! Przerażona, zaczęłam głośniej płakać. Dotknęłam brzucha. Poczułam tylko skórę, ale nie czułam, że coś jest w środku. Zaniosłam się głośnym płaczem. Mamrotałam I patrzyłam dookoła przerażona. Krzyczałam „pomocy! Pomocy! Co się ze mną dzieje?!“. Dotknęłam twarzy. Zamknęłam oczy i… w tej chwili z moich pleców coś się wydostało w całej okazałości. Było ciężkie. Wrzasnęłam jak nigdy dotąd. Ból był okropny. To tak jakbyś spadł z dwudziestego piętra sto razy. Nie przestałam. Nie zdolna na krzyk płakałam leżąc na ziemi. Załamana, leżąca jw pozycji embrionalnej z rozciętymi plecami. Wokół mnie coś mnie przykryło. Było czarne, ciepłe I miękkie – o wiele lepsze niż to czarne niebo nad moją głową I ten las. Nigdy nie doświadczyłam takiego bólu I nie maiłam zamiaru. Leżałam tak, aż nie zasnęłam, a wtedy zniknęłam z tego świata.
Napiszę jedno: możecie uznać wszystkie do tej pory rozdziały za prolog. Od tej chwili Sara wejdzie w inny świat. I jeszcze jedna rzecz: rozdział trzynasty jest w trakcie pisania, ale gdy zaczniecie go czytać możecie wpaść w szok. Wszystko się później wyjaśni.Poznamy miliardy postaci, stworzeń i roślin. Rozdziały najprawdopodobniej będą dłuższe (sądząc teraz, jak piszę trzynasty, który ma już u mnie na komputerze dwie strony, a Sara jeszcze nie dojechała tam gdzie trzeba), a i opisów będzie też więcej (chociaż ich bardzo nie lubię).
Mogę szczerze napisać, że ten rozdział - dwunasty - był moim hamulcem, przez który nie mogłam pisać swobodnie. Teraz mam nadzieję się to zmieni. Mam zamiar błądzić wszędzie i pisać jak najlepiej :)
Rozdział 11 - Lux aliquando niger, aliquando lucem Niger
2012-01-15
Kolejny rozdział z przklętymi odstępami, krótki, ale moja mama powiedziała, źe "ważne, że jest".
PS. curran ta "diablica"(jak ją określiłaś) to Sara. Miałam ochotę wtedy z kimś też się tak pobawić. Jak akurat tamten fragment pisałam, to przypomniała mi się manga o dziewczynce, która spełniała 10 życzeń, ale za każde z nich obcinała jeden palce (albo coś koło tego).
11. Światło, niekiedy jest czernią, a Czerń, czasami światłem
Czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia I niewidzialnym gestem nakzała mi wstać. Zwlekłam się z zimnej ziemi I spojrzałam na postać w czarnym stroju. Jej twarz zasłaniał kaptur, ale podejrzewam, że tak naprawdę nic nie było w środku. Chyba, że szkielet.
Czułam się śpiąca, obraz wydawał mi się wirować, a sama ja szła chwiejnie. Chciałam się znów położyć I zasnąć, jednak ta postać kazała mi iść, więc szłam. To ireytujące, nieprawdaż? Chcesz zostać, ale nie możesz. Chcesz coś zrobić, ale ci zabraniają.
Wkurzające.
Wkurzające.
Wkurzające!
Postać nagle stanęła I kościstą ręką dotknęła mojej twarzy. Ręka była szkieletem. Kością. Nie było skóry. Zaczęła mnie gładzić po policzku, a ja nie odtrącałam jej. Czułam, jakby była częścią mnie. Już do niej należałam, więc nie było sensu się przeciwstawiać. Nie ma odwrotu I nie ma wyjścia. Jest, tylko droga na wprost. Usiana wieloma kolcami, ale ten tekst zna każdy z nas, więc dajmy sobie z nim spokój. Jesteśmy na tej drodze, całe życie I czujemy jej ciernie, kamienie I ból. Nasze pokrwawione stopy, czasami chcą z niej zejść, poprzez zabicie się. Są osoby, które pomimo bólu, wciąż chcą iść, ale są też I takie, które nic nie czują. Albo I może czują, jednak nie wiedzą o tym nawet same.
A ja teraz na niej stałam. I to nie w przenośni. Stałam na tym świecie, gdzie człowiek jest, ale tylko myślami. Tak naprawdę jest tu wiele ludzi, ale siebie nie widzą. Ja też innych nie widzę. Najparwdopodobniej już się pewnie z jakimś zderzyłam, ale czy to poczułam? Nie. bo ten świat nie istenieje.
Podnieś rękę. Przyjżyj się jej. Zastanów się, jaki jesteś bezradny wobec Boga, Śmierci… podnieś tą rękę I sie jej przypatrz. Dotknij swojej twarzy. Zamknij oczy. Wdychaj zapach powietrza. Zobaczysz, że bedziesz zaskoczony tym, że czujesz, oddychasz, dotykasz. Kochasz, miłujesz, nienawidzisz. Gdyby się przyjżeć człowiekowi, byłby on bardzo interesujący. Przypatrz się sobie. Podejdź do lustra I spójrz w odbicie. Zobaczysz, że jesteś inny na zewnątrz I inny w środku. Człowiek jest stworzony po to by patrzeć wciąż na wprost, ale nigdy na siebie. Bóg dał nam oczy, by widzieć, ale dlaczego nie możemy zobaczyć nimi samych siebie. Spójrz na rękę. Co czujesz? Dotknij twarzy. Co dotykasz? Tak naprawdę każdy człowiek jest ślepy, bo nie widzi wszystkiego. Lustro jest, tylko po to żeby nam ułatwić zobaczenie samego siebie.
Owtórz oczy. Spójrz na rękę. Spójrz na drzewo. Czy nie uważasz, że to jest piękne, że możesz patrzeć na wprost na coś wspaniałego? Co możesz dotknąć, poczuć I pokochać?
I tak też spojrzałam w swoje odbicie. Ta czarna postać to ja. Jednak mimio tego, że wokól niej roztaczała się mroczna aura I niechęć, przytuliłam ją I pokochałam ją. Kolejna ja, którą widziałam. Ona ujęła mnie za rękę I poprowadziła w głąb lasu, tam gdzie bez Jej pomocy nigdy bym nie dotarła.
Z zamkniętymi oczami, przechodziłam przez las z Sobą. Nie chciałam otwierać oczu, ponieważ dotyk mi wystarczył. Lepiej jest czuć niż wiedzieć. Gdy czujesz, to weisz, że żyjesz. Teraz żyłam. Jak otworzę oczy, to umrę. A ja nie chcę umierać.
Innymi oczami widziałam, jak wokół nas latają małe białe światełka, a rośliny ruszają się pod lekkim wpływem wiatru. Mogłam sobie tak wiele wyobrazić I to było piękniejsze niż ponura rzeczywistość. Teraz ziemia była ciepła I miękka, a księżyc oświetlał wąską ścieżkę niebieskawą poświatą.
Ja się zatrzymała. Puściła moją rękę, a ja otworzyłam oczy. Widok jaki mi się ukazał, był nisamowity I przerażający.
Rozdział 10 - Halos, halos? Tu autem? Can audistis me? Venite ad me ...
2012-01-14
Rozdział, hmmmm... Pełno błędów, przeklętych odstępów (które bym zmiażdżyła) i jak dla mnie jest straszny (dziewczyno co ci chodzi po głowie?).
10. Halo, halo? Jesteś tam? Słyszysz mnie? Chodź do mnie…
Uśmiechałam się pod nosem, gdy uciekałam. To wszystko było takie zabawne! Ten świat był tak śmieszny! Myślałam, że skonam z tego żartu! Ten chłopak… on tak śmiesznie drżał, pod udeżeniami kija, a ta dziewczyna, tak zabawnie szybko sraciła panowanie nad sobą. A na koniec on krzyczał bardzo głośno I to było fascynujące I zabawne!
Śmiałam się teraz jak opętana, swoim sztańskim śmiechem. Rozrywałam noc moim głosem. Myślicie, że Jaś I Małgosia by się nie przestraszyli słysząc takie odgłosy dochodzące z ciemnego lasu? Wialiby pewnie, aż do Antarktydy, a potem skonali z zimna I zmęczenia. A co ja bym wtedy zrobiła? Śmiałabym się jeszcze piekielniem.
Oparłam rękę o drzewo I spojrzałam w ciemność przed sobą, mając na ustach uśmieszek.
Halo, halo? Czy chcesz się ze mną pobawić? Halo, halo? Bo widzisz nudzę się. Pobaw się ze mną proszę, bo nikt mnie dobrze nie zabawi! Jeżeli się ze mną nie zabawisz, powyrywam ci palce, powyrkręcam nogi I zjem twoją głowę! Halo, halo? Czy się ze mną pobawisz? Bo się nudzę, a nikt mnie nie widzi… jestem zjawą, która karze tych nieposłusznych… Halo, halo? Słyszysz mój głos? Chodź tu I zabawmy się razem! Niech nasz śmiech dosięgnie każdego! Pozabijajmy tych, którzy nie chcą sie z nami bawić! Halo, halo? Jesteś tam? Słyszysz mnie? Chodź do mnie…
… ja będę się bawić zepsutą lalką, a twoje wnętrzności, będą jeść zwierzęta! Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha!!!!!!!!!
Znów śmiałam się. Bo ta pioseneczka była śmieszna.
Przestałam. Zrobiłam grymas. A potem puściłam się pędem przez las. Nawet jak się potknęłam, to tylko przeklnęłam I pędziłam dalej. Takie bieganie bardzo odpręża. Robiłam to ze uśmiechem na ustach. Wreszcie byłam wolna! Mogłam biegać, drzeć się, wyrzucić wszystko przez płacz! Mogłam pokazać swoje uczucia, a I tak nikt ich nie zobaczy! Łłłłłłłłłłłłłiiiiiiiiiii!
Padłam już zmęczona na zimną ziemię I wpatrywałam się w gwiazdy, szybko dysząc. Zamknęłam oczy I wzięłam głęboki oddech. I wydech. Wdech. Wydech. Przewróciłam się na bok. Spojrzałam w ciemność. Tutaj na serio było strasznie ciemno I nic nie mogłam zobaczyć. Z jakiegoś powodu znałam drogę, ale dziwnie się czułam w tym miejscu.
Czy to miejsce odzwierciedla moją duszę? Na pewno… nawet na Ziemi są miejsca, które nas odzwierciedlają. To co tworzymy to to co czujemy w sercu. Nawet nasz pokój mówi o nas bardzo wiele. Ubrania, a nawet I sposób w jaki myjemy zęby! Dziwne są myśli człowieka.
Czy słyszysz mnie?
Nigdy cię nie słyszałam, nigdy nie słuchałam. Jesteś kimś złym I znienawidzonym przez ludzi. Kimś bez serca.
Jesteś tam?
Nie. mnie już tam dawno nie ma. Dopiero wrócę do domu, to tam będę.
Chodż so mnie.
Nie. Jesteś zła. Nie lubię cię.
Pokochaj mnie…
Już dawno zapomniałam jak się kocha…
Tego nie można zapomnieć. Twój ból to twoja miłość do czegoś. Twoje cierpienie to miłość. Twoje łzy to miłość. Nie ważne jak kogoś nienawidzimy. Zawsze będziemy go kochać. Bo ludzie chociaż się nie znają to się kochają. Są od siebie uzależnieni, niemal opętani na swoim punkie. Nawet jeżeli mówisz „nienawidzę ich“ to I tak sparwia ci przykrość, gdy jesteś sama I nikt się do ciebie nie odzywa.
To prawda… mam cię pokochać?
Tak. Ja ci wystarczę I nikt inny nie jest ci potrzeebny.
Umiechnęłam się smutno I westchnęłam. Zamknęłam oczy I bozapadłam w sen. Miły sen… a gdy ktoś mnie zbudził po moich policzkach spływały łzy, bo te wspomnienia I sny, były jak piękny film, który nigdy się nie spełni.
Był to wielki dom, położony w śroku kraju. Wokól niego było mnóstwo drzew, jak I pól. Najczęściej padał deszcz, więc gdy wychodziło słońce wychodziliśmy na dwór I bawiliśmy się wszyscy razem w różne zabawy. Były to wspomnienia bardzo odległe, ponieważ ich nie pamiętałam.
Miałam osiem lat, nosiłam czarne, szare, granatowe I białe sukienki z koronkami I ozdobami. Byłam małą, porcelanową laleczką. Nawet sŻora się zgadzała. Piękne długi żęsy dawały lekki cień na moje policzki. Moje usta lekko się otwierały kiedy czytałam. Bardzo lubiłam książki, więc w te deszczowe dni przesiadywałam w bibliotece razem z moim kuzynem Emanuelem, półki sięgały do sameo sufitu, a raczej zatrzymywały się w drodze do niego. Sufit był szklanym kloszem. Pomieszczenie biblioteki miało z tego powodu okrągły kształt. Reszta domowników przesiadywała, albo w swoich pokojach, albo w kuchni bądź na strychu.
Było nas kilkoro. Nie pamiętam naszych imion. Zaledwie kilka: Emanuel, Heidi, Izaur, Seren.. I to tyle. Kochałam Emanuela I jego starszego brata Izaura. Heidi wyglądem przypominała mnie. Byłyśmy niemal bliźniaczkami, ale również kuzynkami. Seren nie miał rodziców, był najcichszym z nas I zawsze trzymał się z boku.
Może wydawać się wam, że nic nie ma wspaniałego w tych wspomnieniach. Beznadziejne gadanie o swoim życiu, ale w poruwnaniu z obecną sytuacją to było niemal niebo. Te najzwyczajniejsze dni, to najwspanialsze wspomnienia…
|